środa, 4 grudnia 2013

Epilog

Siedziałam w kuchni, nabierając na łyżkę czekoladowe kuleczki, pływające w wypełnionej mlekiem misce. Piosenka sącząca się z radia postawionego na kuchennym blacie ustąpiła wiadomościom, puszczanym regularnie co godzinę. I tym razem nie usłyszałam nic nowego. Gdyby nie fakt, że naprawdę nie chciało mi się wstać, pewnie wyłączyłabym odbiornik.
-Wczoraj wieczorem rozbito wreszcie wielką szajkę przestępczą, zajmującą się głównie handlem narkotykami...
Głos kobiety został dość brutalnie przerwany przez Michała, który szybkim ruchem przekręcił pokrętło radia na OFF.
-A oni znowu to samo. - westchnął, zaglądając do lodówki. Jego włosy sterczące we wszystkie strony wyraźnie wskazywały na to, że dopiero wstał.
-Dziwisz im się? W końcu osiągnęli coś wielkiego, będą się tym teraz chwalić. Szkoda, że nie podają jeszcze nazwisk, bylibyśmy sławni. - uśmiechnęłam się krzywko, mieszając łyżką w misce i przyglądając się, jak czekoladowe kuleczki znikają w białym wirze, aby zaraz pojawić się z powrotem.

Dzień wcześniej pojawił się w naszym domu policjant, który uprzejmie poinformował nas, że złapano naszego ojca z jego ,,kumplami'' na drugim krańcu kraju. Z jego słów wywnioskowaliśmy, że tym razem już się nie wywinie. Ktoś wyraźnie postarał się zebrać dowody, aby zamknąć go na dobre.
Może brzmi to dość okrutnie, ale byłam mu za to wdzięczna. Już dawno czułam do niego tylko i wyłącznie obrzydzenie i nienawiść. Michał podzielał moje uczucia. Nie powiem, żebyśmy skakali z radości z powodu tej informacji, ale przynajmniej nam ulżyło. Światełko w tunelu na lepszą przyszłość rozbłysło jeszcze wyraźniej i na pewno nie był to zbliżający się pociąg. Po prostu pierwszy raz poczułam, że coś może się udać. Że moje życie nie musi wyglądać tak jak do tej pory, wypełnione obawą, że to całe zło, które się nam przytrafiło, powróci.

Nawet mama jakoś poukładała sobie życie. Śmieszne, że od świąt, kiedy się pokłóciłyśmy, była na mnie obrażona praktycznie do kwietnia, aż do samego zakończenia roku szkolnego. Chociaż nie zdążyłam się w ciągu tego roku jakoś bardzo związać z klasą, to jednak kiedy wyszłam z auli ubrana w białą koszulę i czarną spódnicę, ze świadectwem ukończenia liceum, ciężko było mi pogodzić się z faktem, że to koniec. Majka zalała się łzami już kiedy zajmowaliśmy miejsca na początku uroczystości i długo nie mogła się uspokoić. Mówiłam jej, że nigdzie się nie wybieram i studiować będę we Wrocławiu, więc nadal będziemy się przyjaźnić. Majka towarzyszyła mi od samego początku klasy maturalnej i miałam nadzieję, że będę mogła do niej zadzwonić o każdej porze dnia i nocy również podczas kolejnych lat. Bez niej, moje życie byłoby nudne i puste.

Nadszedł czas matur, z którego teraz nie wiele pamiętam. W bardzo krótkim czasie chciałam nauczyć się i powtórzyć jak najwięcej, nadrabiając braki.  Siedziałam nad książkami późno w noc, modląc się, żeby nie było tego, co słabo ogarniałam. Kiedy po ostatniej maturze zamknęły się za mną drzwi autobusu, czułam, że pewien etap w moim życiu się skończył. Przez kilka następnych dni czułam się mega dziwnie, kiedy nie musiałam zrywać się z rana i maszerować wraz z innymi na przystanek i edukować się do 14. Czasu nagle zrobiło się tak dużo, że nie miałam co z nim zrobić i po jakimś tygodniu leniuchowania wróciłam do swojej kawiarni, w której pracowałam już wcześniej, aby zarobić na studia. Wyniki matur uświadomiły mi, że nie jest ze mną tak źle i gdzieś mnie przyjmą. Zaczął się wrzesień, a ja odliczałam dni do rozpoczęcia roku akademickiego na kierunku filologii angielskiej.

Kalendarz, na który teraz spojrzałam, uświadomił mi, że jeszcze dwa tygodnie i zostanę studentką. W sumie nie mogłam się tego doczekać, chociaż wiedziałam, że studia to niekoniecznie ciągłe imprezowanie, a raczej ostry zapierdziel.
-A ty nie idziesz do pracy? - zapytał Michał, ubierając w pośpiechu buty. Zerknęłam na zegarek, a potem zerwałam się z krzesła i dołączyłam do niego, łapiąc po drodze tenisówki.
-Zamyśliłam się. - odpowiedziałam mu na pytanie i szybko zawiązałam sznurówki.
-Będę dzisiaj później. - powiedział, stojąc już w drzwiach.
-Eeee, randka. - skomentowałam jego słowa, na co zrobił się lekko czerwony na twarzy. Nawet nie próbował zaprzeczać, tylko odwrócił się i uciekł, a ja zaśmiałam się cicho.

Wyszłam na ulicę ubrana w ciemne, krótkie spodenki i białą bluzkę z krótkim rękawem. Słońce prażyło niemiłosiernie, jakby nadal był sierpień i nie zapowiadało się na radykalne ochłodzenie, dlatego z torebki wyciągnęłam okulary przeciwsłoneczne i natychmiast je założyłam. Szybkim krokiem dotarłam na przystanek, a potem przyglądałam się przez szybę wrocławskim ulicom aż do momentu, kiedy wyskoczyłam na chodnik i pchnęłam drzwi kawiarni. Zostawiłam swoje rzeczy w szafce a potem przeciągnęłam przez szyję czarny fartuszek i zawiązałam go na plecach. Przywitałam się z dziewczyną, która pracowała razem ze mną i rozpoczęłam nudny dzień pracy.
Jakieś dwie godziny później przecierałam szmatką blat jednego ze stołów przy oknie. Poprawiłam stojący na jego powierzchni pojemnik z chusteczkami i obejrzałam się przez ramię. Wydawało mi się, że w tłumie ludzi, którzy mijają kawiarnię dostrzegłam blond czuprynę i na wspomnienie jej właściciela westchnęłam.

Tomek był moim przyjacielem, tego byłam pewna. Po tej całej akcji z Adrianem spędzałam z nim więcej czasu i wydawało mi się, że gdyby nagle zniknął z mojego życia, nie potrafiłabym się odnaleźć. Był dla mnie jak Majka- kiedy miałam tę dwójkę obok siebie, byłam pewna, że mogę stawić czoło wszystkiemu.
 Życie ma jednak swoje własne plany i tak się zdarzyło, że nasze drogi się rozeszły. Po maturze Tomek wyjechał do ciotki za granicę, żeby zarobić na studia. Wyniki jego matury były na tyle dobre, że dostał się na swój wymarzony Uniwersytet Jagielloński. Chcąc nie chcąc, mimo, że ze sobą rozmawialiśmy przez Skype'a, nasze więzi rozluźniły się i chyba każde z nas wiedziało, że nic już nie będzie tak jak wcześniej. Mój towarzysz spacerów, człowiek, który w ciągu roku szkolnego dawał mi nieraz spisać zadanie z matmy czy fizyki, nagle oddalił się i pozostała po nim pustka, która po pewnym czasie przestała mi jednak tak bardzo doskwierać. Brakowało mi go, jego śmiechu i głupich żartów czy mądrych rad, ale pogodziłam się z tą sytuacją.

Zachodzące słońce towarzyszyło mi po dość leniwym dniu pracy w powrocie do domu. Zrobiło się trochę chłodniej i byłam zła na siebie za to, że nie wzięłam choćby bluzy. W autobusie nie było jednak zimno, a drogę z przystanku do domu pokonałam wręcz w ekspresowym tempie. Włożyłam klucz w drzwi naszego mieszkania, ale okazało się, że Michał zostawił swój klucz z drugiej strony. Poczekałam chwilę, aż drzwi otworzyły się.
-Wresz...- zaczęłam, kiedy zauważyłam, że osoba stojąca w progu to nie Michał. Otrząsnęłam się z pierwszego szoku i przywitałam się z gościem. - Cześć.
-Cześć Lena. - odpowiedział uprzejmie właściciel ciemnej grzywy. Nim któreś z nas zdążyło coś powiedzieć, w przedpokoju pojawił się Michał.
-A ty nie miałeś wrócić później?- zapytałam, nie dodając pytania, które cisnęło mi się na usta, a które dotyczyło Adriana stojącego tuż przede mną w maleńkim pomieszczeniu. Michał przecież nie odzywał się ze swoim ,,byłym'' przyjacielem odkąd zaczęłam z nim chodzić, nie mogłam więc zrozumieć dlaczego teraz są tu obaj, jakby między nimi nie było wcześniej żadnych sporów.
-Miałem, ale randka nie wypaliła, więc idę pograć w kosza. Już wychodzimy.- powiedział, zaklinając mnie spojrzeniem, żebym nie powiedziała nic więcej. Pokiwałam tylko głową i przepuściłam ich.
-Będę pewnie koło 20. - zawołał już korytarza.
-Miło było cię znowu widzieć. - powiedział na pożegnanie Adrian, a potem obaj zniknęli w windzie.

Mi również miło było go zobaczyć, mimo, że kiedy z nim zerwałam, byłam strasznie zła. Od tamtej pory go nie widziałam i chyba jakoś mu wybaczyłam. Nadal go lubiłam, ale więź, która między nami była, została nieodwracalnie zerwana.

Zalałam wrzątkiem truskawkową herbatę i przyniosłam z pokoju jedną z ostatnio kupionych książek. Kiedy napój już się zaparzył, usiadłam z kubkiem na kanapie i spojrzałam na pierwszą stronę powieści. Słowa jednak nie układały się w całość.
Zaczęłam zastanawiać się, co zdarzyło się w ciągu ostatniego roku. Czułam, że coś się zmieniło. Nie byłam już tą wystraszoną dziewczyną, nie potrafiącą poradzić sobie z problemami, dla której nie było wyjścia z trudnej sytuacji. Nie byłam w stanie powiedzieć, gdzie jest mój dom, bo cztery ściany, które kochałam zamieniały się w więzienie, kiedy tylko pojawiał się nasz ,,ojciec marnotrawny''. Jakie to dziwne, że jeden krok, czyli wyprowadzka, spowodowała lawinę w moim życiu. Gdyby nie to, że razem z Michałem chcieliśmy wreszcie zerwać ze strachem, zapakowaliśmy swoje rzeczy i opuściliśmy dom, nie poznałabym Adriana, który w trudnej chwili wyciągnął do nas pomocną dłoń. Nie zyskałabym takich wspaniałych przyjaciół, gdybyśmy nie musieli po raz kolejny zmieniać miejsca zamieszkania na Wrocław, z powodu ojca. Gdyby nie przeprowadzka do Adriana, nie bylibyśmy parą. Z drugiej strony, gdyby nie ten fakt, Tomek nie trafiłby do szpitala z powodu bójki, w jaką się z nim wdał.
Wcześniej wyznawałam zasadę ,,przymknij oczy, kiedy je otworzysz, całe zło minie''. Ale ta zasada nie miała nic wspólnego z rzeczywistością- zło pozostawało, to życie mijało mi przed oczami, a ja biernie się temu przyglądałam. Nie byłam niczego pewna, czułam się jak dziecko we mgle, które nie wie jak wrócić do domu. Karmiłam się marzeniami o lepszą przyszłość, nie robiąc nic z teraźniejszością.
To krótkie podsumowanie całego roku uświadomiło mi jedno - nic nie dzieje się w życiu przez przypadek, wszystko ma swój cel. Po tym, co przeżyłam, byłam pewna, że dam sobie rady z niejedną trudną sytuacją. Po prostu czułam się silniejsza.

 Przez cały ten czas szukałem siebie

I nie wiedziałem, że się zgubiłem

Avicci- Wake me up

*
To już koniec.
Pora otrzeć ukradkiem z twarzy łzę, jeżeli się taka pojawiła. ;) Mi samej zawsze na epilogu jest jakoś żal, że nie będę już pisać o bohaterach, do których się tak przywiązałam i tylko to czasami sprawia, że robi mi się smutno.

Wątpię, żeby ktokolwiek spodziewał się takiego zakończenia, mam nadzieję, że nie uważacie, iż jest beznadziejne. Po prostu ta historia miała być trochę inna niż te, które pisałam wcześniej- nie była aż tak bardzo oparta na miłości, dlatego i epilog znacząco się różni.
Dziękuję wam za te 11 tysięcy wyświetleń i choć z poprzednimi blogami miałam o wiele więcej, to wiem, że sam fakt, iż jest to opowiadanie całkowicie fikcyjne, zawęził mi grono czytelników. ;) Dziękuję więc za to, że tu byliście i było was tak dużo, że komentowałyście ( bo przecież czytają mnie same dziewczyny, a przynajmniej ktoś przeciwnej płci się nie ujawnił) i dzięki wam wiedziałam, że pisanie tego opowiadania ma sens. Szczególnie miło było mi, kiedy w godzinę czy dwie po publikacji pojawiały się już wasze komentarze. Po prostu czułam, że przywiązałyście się do tego opowiadania tak jak ja.

Nie znikam jednak z blogosfery, zapraszam was tutaj. Co prawda na razie mieszka tam wszechobecne echo i nawet nie ma szablonu, ale nadrobię to w wolnym czasie. Nie jestem pewna kiedy konkretnie, bo 5 grudnia kończę 18 lat i dwie nadchodzące soboty upłyną mi pod znakiem imprezy urodzinowej dla znajomych i rodziny. :) Jak mówiłam, początek mam już spisany, więc z tym nie powinno być problemów, ale z powodu szkoły będę nowe opowiadanie dozować Wam powoli, żeby nie zostać z niczym.
Myślę, że tak do dwóch tygodni powinien pojawić się szablon, a jeżeli pojawi się on, to na pewno w krótkim czasie opublikuję też prolog. :)
Wiecie co? W sumie wolałam te matury- napisałam i wróciłam do domu, a tak to teraz znowu ostry zapierdziel. ;/ Przynajmniej wyniki są nawet takie, jakie chciałam, choć mogło być lepiej. Mam nadzieję, że odbiję to sobie na prawdziwej maturze. ;)

Człowiek chciałby jakoś sensownie się pożegnać, ale pustka w głowie i kartkówka z fizyki skutecznie mi to uniemożliwiają.
Mam nadzieję, że będziecie towarzyszyć mi dalej i podzielicie się ze mną opinią na temat tego, właśnie zakończonego opowiadania. :)



niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział osiemnasty

Minęłam starszego pana w piżamie, który bardzo powoli przemieszczał się po korytarzu w asyscie pielęgniarki i skierowałam swoje kroki w kierunku dyżurki. Nienawidziłam szpitali. Nie rozumiałam dlaczego, ale po prostu nie cieszyłam się na myśl o tym miejscu. Szpital może być miejscem szczęśliwym, choćby dla rodziny kobiety, która dopiero co urodziła w nim dziecko, ale przeważnie kojarzy się z cierpieniem. Nieraz trafiają tu ludzie w ciężkim stanie, po wypadkach, którzy ledwo uszli z życiem. Są i ci, których nerki przestały pracować i teraz w swój grafik muszą wpisywać kilkugodzinne dializy. To w tym miejscu znajdują się też ludzie, którzy podjęli walkę z rakiem. Zdecydowanie więcej minusów niż plusów.
Podeszłam do jednej z kobiet, która sądząc po wyglądzie również była pielęgniarką. Podniosła na mnie wzrok znad papierów na biurku, które przeglądała.
-Szukam Tomka Zielińskiego. Mogłaby mi pani powiedzieć, gdzie go znajdę?
-Leży w sali numer 7. - odpowiedziała mi, lekko się uśmiechając. W jej uśmiechu było coś pokrzepiającego, dzięki czemu moje zdenerwowanie nie sięgnęło jeszcze zenitu.
-Dziękuję. - odwróciłam się i rozejrzałam, a potem ruszyłam w stronę sali z siódemką na drzwiach.
Wędrówka ciągnęła się nieskończenie. Choć pokonanie tej odległości zajęło mi z pewnością jakieś dwie minuty, czułam się, jakbym szła jakieś pół godziny. Nie wiedziałam, co ujrzę, kiedy tam wejdę i jak się zachowam. Oraz jak zachowa się Tomek, który pewnie nadal nie chciał się ze mną widzieć.

Powoli weszłam do środka, już z progu widząc, że w pomieszczeniu znajdują się trzy łóżka. Na tym najbliżej drzwi leżał jakiś może 30. letni mężczyzna i drzemał. Łóżko drugie było puste, najwidoczniej osoba, która je zajmowała gdzieś wyszła, bo półka obok niego była po brzegi zastawiona jedzeniem i książkami. Na nogach jak z waty podeszłam do trzeciego łóżka i poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie z całej siły w brzuch.

Na początku go nie poznałam. Znikła niesforna blond grzywa, która zawsze praktycznie zasłaniała mu oczy i w czym tak bardzo przypominał mi Michała. Od czoła do jakichś kilku centymetrów od momentu, w którym zaczynała się linia włosów, aż raził mnie po oczach biały plaster. Siedział z podkulonymi nogami z laptopem na kolanach i właśnie wtedy mnie zobaczył. Momentalnie brakło mi słów, w głowie miałam pustkę. Zanim zdążyłam coś powiedzieć uśmiechnął się krzywo:
-Zastanawiałem się właśnie, czy tu dotrzesz. Maciek był pewien, że mu nie uwierzysz.
-Nie wydaje mi się, że ktokolwiek kłamałby w takich sprawach. - odpowiedziałam cicho, stojąc przy jego łóżku z rękoma w kieszeniach, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Z pomocą przyszedł mi Tomek. Odkłądając laptopa na półkę, powiedział:
-Ściągnij kurtkę i siadaj. - poklepał pościel na łóżku. Podążyłam za jego radą i usiadłam, czując się bardzo niezręcznie.
-Jak... jak to się stało? - zapytałam, jednocześnie wiedząc, że nie jestem pewna, czy chcę usłyszeć odpowiedź. Kiedy jechałam do szpitala w mojej głowie pewne elementy zaczęły układać się w jedną całość i wydawało mi się, że moje podejrzenia niestety mogą być słuszne.
-Upadłem i przydzwoniłem głową o krawężnik. - nadal krzywo się uśmiechając, wzruszył ramionami. - Sama wiesz, jakie te oblodzone chodniki mogą być niebezpieczne.
-Wydaje mi się, że nawet taka sierota jak ja nie byłaby w stanie czegoś takiego dokonać, po prostu wpadając w poślizg. - mruknęłam, patrząc w jego szare oczy. Faktycznie, kiedyś przywitałam się z podłożem i to na jego oczach, ale w jego wyglądzie wyczuwałam czyjąś ingerencję. - Wyglądasz jakbyś skakał na główkę z jakiejś przychodnikowej barierki.
Rysy jego twarzy wyostrzyły się, nic nie odpowiedział.
-Kiedy wychodzisz? - zapytałam, chcąc przerwać niezręczną, duszącą wręcz ciszę.
-Mieli mnie wypisać już dzisiaj, ale zdecydowali przetrzymać jeszcze dzień. Normalnie wyszedłbym już wcześniej, ale bali się, że może mi wariować głowa. Na szczęście tylko lekki wstrząs, nic więcej.
-Kiedy tu szłam, bałam się, że jesteś w dużo gorszym stanie. Maciek nie powiedział mi, co się stało, a nie było cię tak długo... - zaczęłam wyrzucać z siebie swoje ponure przemyślenia poczynione podczas jazdy szpitalną windą.
-Wiem, dziwnie się złożyło, ale po prostu cały tydzień przeleżałem w łóżku, bo dopadła mnie grypa. A potem ledwo wyszedłem z domu... I musiałem przedłużyć swój urlop wypoczynkowy. - na jego twarzy znów zagościł ten krzywy, na wpół smutny uśmiech. -Powinienem był coś ci powiedzieć, albo chociaż Majce. Zachowałem się jak dupek. Dzwoniłaś, pisałaś, a ja cię olewałem. Znowu. Historia zatacza koło, czyż nie?
-Mam nadzieję, że w tym przypadku nie sprawdzi się zasada ,,do trzech razy sztuka''. - skwitowałam krótko.
-Martwiłam się o ciebie i nadal się martwię. Niezależnie od tego, co się między nami wydarzyło, jesteś moim przyjacielem. Przepraszam, że byłam taka okropna, kiedy ostatnio rozmawialiśmy. Wiem, że ty i Michał chcecie mnie chronić. - powiedziałam do Tomka, który uciekł spojrzeniem w bok. - Powinnam była wiedzieć, że nie robisz tego, bo po prostu twierdzisz, że Adrian do mnie nie pasuje. Nie jesteś typem człowieka, który oczerniałby kogoś, bo tak mu się podoba.
Podniosłam się z łóżka i ubrałam kurtkę.
-Idziesz już? - zapytał, świdrując mnie spojrzeniem swoich szarych oczów.
-Muszę coś jeszcze załatwić. - odpowiedziałam. - Gdybyś czegoś potrzebował, pisz.
-Do zobaczenia w szkole. - pożegnał się, posyłając mi normalny, ciepły uśmiech.
Wyszłam z pokoju i będąc już na korytarzu przyspieszyłam. Czułam, że krew szybciej krąży w moich żyłach, pchana do przodu złością, która nagle zaczęła mnie rozsadzać. Nie chciałam pokazać tego przy Tomku, teraz jednak nie musiałam już się z niczym kryć. Przeszłam przez ulicę przed szpitalem i stanęłam na przystanku, w oczekiwaniu na najbliższy autobus, próbując opanować myśli.
Wreszcie autobus nadjechał, już z daleka widziałam jego charakterystyczną sylwetkę. Stanęłam przy oknie i spoglądałam na mijane przez nas dzielnice, aż zobaczyłam tę, do której zmierzałam. Wyskoczyłam na chłodne powietrze i na skróty zaczęłam brnąć od przystanku do budynku przez nieubity śnieg.

Moja furia nie miała granic. Byłam tak zła, że nie myślałam racjonalnie. Nim się obejrzałam, stałam już pod blokiem Adriana i co chwilę wciskałam przycisk domofonu. Nie miałam zamiaru odejść bez rozmowy. Tomek cały czas nie przyznawał się, że ktoś zrobił mu krzywdę, ale wyczytałam to w jego oczach, szczególnie, kiedy unikał mojego spojrzenia. Nie byłam głupia, wiedziałam też, że jest osobą, która raczej nie ma wrogów, dlatego też w mojej głowie paliła się ostrzegawcza lampka.
Nieustający dźwięk musiał być naprawdę dokuczający, bo nagle usłyszałam charakterystyczny dźwięk podnoszenia słuchawki:
-Słucham?
-Adrian, to ja. Otwórz.
Odpowiedzią była cisza.
-Ja nie żartuję, otwieraj. Będę tu stać, dopóki mnie nie wpuścisz.
Usłyszałam głośne westchnienie, a potem klatka schodowa stanęła dla mnie otworem. Nerwowo dreptałam w miejscu, w oczekiwaniu aż winda, którą jechałam zatrzyma się na odpowiednim piętrze. Drzwi nie zdążyły otworzyć się do końca,  a ja już byłam pod jego drzwiami. Zapukałam nerwowo.
Przez chwilę miałam wrażenie, że sobie ze mnie kpi. Wydawało mi się, że mnie nie wpuści, ale wreszcie usłyszałam, że przekręca klucz w zamku. Ciemne drzwi tak dobrze znanego mi mieszkania, które przez pewien czas stanowiło dla mnie i Michała dom zastępczy, otworzyły się powoli, a ja stanęłam oko w oko ze swoim chłopakiem.
-No ładnie. - skwitowałam, widząc w jakim jest stanie. - To Tomek cię tak załatwił, czy może wyręczył go w tym jego brat, Paweł?
-Czyli już wiesz. - westchnął. - Wejdź, nie będziemy rozmawiać na korytarzu.
Nie spuszczałam wzroku z jego twarzy. Siniak wokół jego prawego oka od razu upewnił mnie, że moje podejrzenia były słuszne. Co prawda mógłby dostać od kogoś innego, ale nie wierzyłam w aż taki zbieg okoliczności.
-Napijesz się herbaty, kawy...? - zapytał, kiedy już oboje staliśmy w przedpokoju.
-Nie, przyszłam tu tylko na chwilę. - odpowiedziałam chłodno. - Mógłbyś już przejść do konkretów. Może opowiesz mi, dlaczego część Twojej twarzy tymczasowo zmieniła kolor?
Posłał mi wściekłe spojrzenie.
-Byłaś u niego, prawda? Pewnie poskarżył się, jaki to byłem wobec niego niegrzeczny, zapominając dodać, że to on rzucał się wokół mnie jak pchła?
-Wyobraź sobie, że ten ON nie powiedział ani jednego słowa, żeby cię wydać. - tym argumentem zatkałam Adrianowi usta.
-W takim razie skąd wiedziałaś? - zapytał po chwili.
-Logika. Unikałeś mnie od kilku dni, słyszałam, że na treningi i do pracy też nie chodziłeś. Zaszyłeś się w domu, odcinając od świata, jakby chcąc coś ukryć. Ludzie nie traktowali by cię normalnie, widząc cię ze śliwą pod okiem, nie?
Nie odezwał się.
-Wiesz, nie interesuje mnie, czy faktycznie to on zaczął. Nawet jeśli, to jesteś starszy i mądrzejszy i chyba powinieneś zachować się wobec niego inaczej, nie? Powiedz mi, gdybym to ja powiedziała coś, co by ci się nie spodobało, też byś mnie uderzył?
-Nie rób ze mnie damskiego boksera Lena, przecież wiesz, że bym tego nie zrobił. - westchnął z nutą złości w głosie.
-Nie, właśnie, że nie wiem. Myślałam, że cię znam. Teraz widzę, jak bardzo się pomyliłam. Powinnam była posłuchać Michała i Tomka, kiedy odradzali mi związek z Tobą.
Przez długi czas mierzyliśmy się spojrzeniami.
-Czyli to koniec?
-Definitywnie. - powiedziałam, a potem odwróciłam się i otworzyłam drzwi. Będąc na korytarzu rzuciłam jeszcze przez ramię - I nie, nie możemy być przyjaciółmi.
Jadąc windą w dół czułam się, jakbym tam na górze zostawiła jakiś ogromny ciężar, który ze sobą dźwigałam. I gdzieś tam w głębi żałowałam, że Paweł był na tyle delikatny, że podbił Adrianowi oko, bo sama na jego miejscu załatwiłabym to o wiele, wiele mniej spokojnie.

Powoli, nie spiesząc się, dotarłam wreszcie do domu. Rzuciłam klucze na ladę w kuchni, budząc tym dźwiękiem Michała, który drzemał na kanapie przy włączonym telewizorze. Spojrzał na mnie nieprzytomnie.
-Która to godzina?
-Spokojnie, mamy dzisiaj czwartek i dopiero dochodzi 17. - odpowiedziałam, uśmiechając się na jego widok.
-Boże, a ciemno, jakby była już noc. - westchnął, przecierając oczy.
Nalałam sobie wody do kubka i ruszyłam do pokoju, zatrzymując się w progu.
-Michał?
-Tak? - mruknął, leżąc na kanapie z zamkniętymi oczami, powoli odpływając.
-Zerwałam z Adrianem.
-Wiedziałem, że jesteś mądrą dziewczyną. - mrugnął do mnie, uśmiechając się.  - Nie mogę tylko uwierzyć, że przyjaźniłem się z tym pacanem. Od dzisiaj udawajmy, że taka osoba nie istnieje, ok?
-Z ogromną chęcią.

Adrian był już zamkniętym rozdziałem w moim życiu i byłam tego stuprocentowo pewna.

*
Nie, nie byłabym aż tak okropna, żeby wepchnąć Tomka pod samochód poza tym wypadek samochodowy zaliczył przecież Maciek w moim pierwszym opowiadaniu, nie będę się powtarzać.  ;) Wiele z was dobrze czuło, dlaczego znalazł się w szpitalu, chyba dałam wam ku temu wyraźne wskazówki. Albo po prostu wybrałam dość oklepany schemat. 

Mogę się założyć, że połowa  z Was skacze z radości z powodu rozpadu związku Adrian- Lena. ;)
No cóż, pora się żegnać z Leną i spółką. Kolejny rozdział to już epilog. 

Będzie mi ich brakowało, no. ;)

niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział siedemnasty

-Wydawało mi się, że chciałeś ze mną pogadać, a nie pomilczeć. - odezwałam się, kiedy z powodu mrozu zaczęły już szczypać mnie policzki, a stojący przede mną chłopak nadal nic nie powiedział.
-Nie chcę wtrącać się w Twoje życie, ale...
-Ale to zrobisz.- westchnęłam.
-Paweł mi wszystko powiedział. -powiedział, a ja przypomniałam sobie, że ma na myśli swojego starszego brata, który przyjaźnił się z Adrianem.
-Mógłbyś wyrażać się jaśniej?- ponagliłam go, przystępując z nogi na nogę. Denerwowałam się tą rozmową, bo spojrzenie jego oczu bynajmniej nie było ciepłe i przyjazne.
-Wiem, że jesteś nową zdobyczą Adriana.
-Nie wydaje mi się, żebym była czyjąś własnością.- mruknęłam. Nie podobało mi się to, jak mnie nazwał i czułam, że powoli wzrasta we mnie złość.
-Lena, mówiłem ci, co o nim myślę. To nie jest osoba odpowiednia dla ciebie.
-Boże, przybij sobie piątkę z moim bratem, oboje strasznie przynudzacie.
-Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć?- zapytał z wyrzutem. Nabrałam powietrza w płuca z oburzenia.
-Hej, co to jest? Spowiedź?
-Nie. Po prostu wydawało mi się, że jesteśmy przyjaciółmi. - warknął, akcentując ,,wydawało''. Jego słowa zmroziły krew w moich żyłach. - Znowu coś przede mną ukrywasz. Stawiasz mnie na równi z Majką, dlaczego więc jak zwykle ona wie wszystko, a mnie robisz w konia?
-Nie chciałam ci nic mówić, bo wiedziałam, jak na to zareagujesz.
-Czemu nie posłuchasz mnie i swojego brata?
-Bo mam własny rozum i potrafię podejmować decyzje o swoim życiu samodzielnie. Nie jestem dzieciakiem, którego trzeba prowadzić pod rękę i mówić mu, co ma robić.
-Uparta jak zawsze. - pokręcił głową. - Nie wydaje ci się... że obaj chcemy dla ciebie dobrze? Znamy Adriana troszkę i dłużej. To typ kolesia, który jak dobrze pójdzie, będzie z tobą z dwa miesiące, a potem znajdzie sobie nową, a ty załamiesz się jak inne dziewczyny, które porzucił.
-Przestań pieprzyć.- minęłam go i ruszyłam przed siebie, bo miałam już po dziurki w nosie tej rozmowy. Tomek najwidoczniej miał zamiar doprowadzić to wszystko do końca. Cały czas słyszałam jego szybkie kroki.
-Lena, on złamie ci serce. Już kiedyś chodził z dużo młodszą dziewczyną. Kiedy ją zostawił zwariowała. Przeszła załamanie nerwowe i próbowała popełnić samobójstwo, myśląc, że do niej wróci. - usłyszałam kawałek ode mnie. Przyspieszyłam kroku.
-Pewnie, czyli myślisz, że ja także się tak zachowam?- odpowiedziałam kipiąc złością. To, że jakaś dziewczyna była słaba psychicznie nie znaczy, że ja również podzielę jej los. Z drugiej strony nie słyszałam o niej ani słowa od Adriana i pojawiły się we mnie maleńkie wątpliwości.
-To Michał poprosił mnie, żebym z Tobą porozmawiał.
Zatrzymałam się gwałtownie, a praktycznie biegnący za mną chłopak zaskoczony zderzył się ze mną.
-No fajnie, czyli to bratu zawdzięczam to nękanie? Cwany, łatwiej mu było zrzucić to na ciebie, niż się ze mną męczyć?- zdenerwowałam się nie na żarty.
-Wiedział, że jego nie posłuchasz. Cały czas kłóci się z Adrianem, nie zachowują się już jak najlepsi kumple. Jest zły, że dopuścił do tego, że się do ciebie zbliżył. I że Adrian nie potrafił trzymać rąk z dala od ciebie.
-Słuchaj, nie chcę się z Tobą pokłócić, a ta rozmowa prowadzi tylko i wyłącznie do kłótni. Zostaw mnie w spokoju, ok?
Jego srebrne oczy spojrzały na mnie smutno spod blond grzywki.

Odwróciłam się na pięcie i odeszłam, ale kiedy nie słyszałam już jego kroków i wiedziałam, że za mną nie idzie, zakręciły mi się łzy w oczach. Dlaczego nigdy nie mogę być w pełni szczęśliwa? Czemu zawsze, kiedy wszystko się układa, coś musi zacząć się walić?
Całe popołudnie spędziłam w domu, płacząc w poduszkę i zajadając się czekoladą, która jednak nie bardzo mi pomogła. Wyłączyłam telefon, bo nie miałam ochotę na rozmowę z kimkolwiek. Nie rozumiałam dlaczego wszyscy tak bardzo chcieli stanąć mi na drodze do szczęścia z Adrianem. Położyłam się spać, chcąc jak najszybciej zakończyć ten beznadziejny dzień, z nadzieją, że następny będzie lepszy. Przewracałam się z boku na bok jakąś godzinę, a później w nocy miałam zły sen, z Adrianem w roli głównej. Stał przede mną, na wyciągnięcie ręki, z rękoma w kieszeniach, a ja choć bardzo chciałam do niego podejść, nie byłam w stanie. Im więcej kroków zrobiłam i im szybciej szłam, tym bardziej się ode mnie oddalał. Obudziłam się zmęczona i niewyspana, jakbym naprawdę spędziła noc na gonieniu sylwetki chłopaka.

W szkole okazało się, że Tomek jednak mnie posłuchał. Znów zachowywał się, jakbym nie istniała. W ostateczności spoglądał na mnie, ale równie dobrze mogłabym być jakąkolwiek dziewczyną ze szkoły, której nie zna. Mimo, iż tego chciałam, bolał mnie smutek i żal, który widziałam za każdym razem na jego twarzy.
Pewnego dnia nie zobaczyłam jego blondwłosej grzywy na szkolnym korytarzu. Nie było go jakiś tydzień. Martwiłam się o niego i zwyczajnie chciałam dowiedzieć się, co z nim, czy nie potrzebuje lekcji, żeby nadrobić zaległości. Majka zapytana o powód jego nieobecności wzruszyła ramionami.
-Pewnie grypa go złapała, nie odzywał się do mnie. Nawet na smsa nie odpisał.
-Nie wydaje ci się to dziwne? Na mnie jest zły, ale do ciebie przecież normalnie się odzywa.- zmarszczyłam brwi i zamknęłam trzymany w rękach zeszyt z matmy. Od ostatniej rozmowy z przyjacielem nie byłam w stanie skupić swoich myśli na szkole. Wykręcałam się też od spotkań z Adrianem, mówiąc, że mam zbyt dużo nauki lub źle się czuję. Po prostu nie wiedziałam, co mam robić- znowu znalazłam się między młotem a kowadłem. Z jednej strony Michał i Tomek, z drugiej Adrian. Czułam się jakbym zabrnęła w ślepą uliczkę i wpatrywała się w mur, modląc się, żeby nagle magicznym sposobem pojawiły się w nim drzwi.

Później odzywać się do mnie przestał i Adrian. Dzwoniłam do niego kilka razy, targana wyrzutami sumienia, że cały czas go tak spławiałam, on jednak najpierw powiedział, że nie ma czasu, a potem zwyczajnie przestał odbierać. Myślałam, że może chce mnie w ten sposób ukarać za to, że tak się nim nie interesowałam.
Jednym słowem, czułam się jeszcze gorzej, niż wtedy, kiedy straciłam kontakt z samym Tomkiem.

Nieobecność chłopaka w szkole się przedłużała, a z każdym kolejnym dniem byłam bardziej zdenerwowana. Nie było go już półtora tygodnia i nikt nie wiedział dlaczego. Byłam nawet u niego w domu, ale nikt mi nie otworzył.
Spędzałam kolejną nudną, długą przerwę, obierając mandarynkę, kiedy nagle na horyzoncie zobaczyłam znajomą sylwetkę. Zerwałam się z ławki, podrzucając wcześniej owoc Majce, która z chęcią się nim zaopiekowała i zaczepiłam znikającego już za rogiem korytarza chłopaka.
-Maciek.- klepnęłam go w ramię, a on spojrzał na mnie niewidzącym spojrzeniem. Dopiero po chwili dotarło do niego, kim jestem.
-Jezu, Lena. Nie strasz mnie.
Od dawna z nim nie rozmawiałam. W sumie... to już od początku roku szkolnego, kiedy poszłam z nim raz na kawę, a potem stwierdziłam, że przebywanie w jego towarzystwie jest dobre, ale tylko od czasu do czasu. Nie dawałam mu nadziei, więc zerwałam z nim kontakt i czasem mówił mi cześć, ale prawda była taka, że rzadko go widywałam.
-Chciałam z Tobą pogadać.
-Nie żeby coś, ale jakoś podejrzewam na jaki temat. Nie wydaje mi się, żebyś chętnie ze mną gadała.- zmierzył mnie twardym spojrzeniem, a ja poczułam, że czerwienią mi się policzki.
-Przepraszam, ja...- westchnęłam, a potem doszłam do wniosku, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.- Przepraszam. Wiem, że głupio wyszło, ale musimy pogadać. Masz czas?
-Chwilę.- odparł po chwili.
-Chodzi o Tomka. Nie odzywa się do mnie, nie ma go już od pewnego czasu i zwyczajnie się o niego martwię. Jest moim przyjacielem, a nawet nie wiem, co się z nim dzieje. Pomyślałam, że może ty wiesz, gdzie teraz jest. -powiedziałam z wahaniem, modląc się, żeby stojący obok mnie skejt mi pomógł.
-Oj Lena, Lena. - westchnął z rękoma w kieszeniach. Przez chwilę nie odzywał się, jakby walcząc ze sobą, a ja już straciłam nadzieję, że cokolwiek mi powie. Wtedy jednak spojrzał na mnie uważnie. -Jest na Borowskiej.
W myślach zaczęłam przerzucać nazwy znanych mi ulic, ale nie mogłam skojarzyć o którą chodzi. Widząc moją niewyraźną minę, dodał:
-Lena, to jest szpital. Tomek leży w szpitalu.
Z płuc uszło mi całe powietrze.
-Ty sobie żartujesz, prawda?
Niestety odpowiedzią na moje pytanie była jego kwaśna mina. Potem odwrócił się na pięcie i wmieszał w tłum licealistów, zostawiając mnie samą na środku korytarza z mętlikiem w głowie.
Niewiele myśląc wróciłam pod klasę, a potem zabrałam plecak i ruszyłam do szatni. Ubierałam płaszcz, gdy zadzwonił dzwonek.
-Hej, co jest?- zatroskana twarz Majki pojawiła się między wieszakami.
-Muszę coś sprawdzić. Powiedz, że poszłam do dentysty.- powiedziałam,a potem minęłam ją i pobiegłam na przystanek.
*
Autobus zatrzymał się niedaleko ogromnego budynku. Nowoczesny szpital był naprawdę wielki i choć wiele o nim słyszałam, to na żywo widziałam go może z raz albo dwa. Obok błękitnego budynku, przed którym rozciągał się równie duży parking, stał też inny. Jak się dowiedziałam, był to Wydział Farmacji z Analityką Medyczną wrocławskiej uczelni medycznej. 
Weszłam do środka przez rozsuwane drzwi, mijając mężczyznę w piżamie, który stał przed budynkiem w kapciach i byle jak narzuconej kurtce i palił papierosa. Cóż, budynek był wielki, a ja nawet nie wiedziałam, czego szukam. Byłam tu po raz pierwszy i nie miałam pojęcia, jak odnaleźć Tomka. Oczywiście, jeżeli nie był to okropny żart jego kumpla. Równie dobrze mogli się teraz obaj zaśmiewać z tego, że uwierzyłam w tę bzdurę. Z drugiej strony, wolałabym, żeby mnie wyśmiali, niż żeby Tomek faktycznie trafił do szpitala.
W wielkim holu pełno było ludzi w białych fartuchach. Patrząc na ich twarze, od razu zrozumiałam, że są to stażyści. Podeszłam do jednej z dziewczyn, która stała samotnie przy automacie do kawy.
-Przepraszam. Mogłaby mi pani powiedzieć, jak znaleźć tutaj kogoś? Dowiedziałam się, że jest tu mój przyjaciel i chciałabym go odwiedzić.
-Pewnie. Choć, pokażę ci, gdzie udzielą ci informacji.- uśmiechnęła się i ruszyła ze mną, roztaczając wokół nas zapach waniliowej kawy.
-Musisz chyba poczekać. Widzę, że nie ty jedna przyszłaś akurat teraz w odwiedzinach. 
-Dziękuję za pomoc.
-Drobiazg. - uśmiechnęła się, a potem zniknęła w jednej z wind, a ja ściągnęłam płaszcz, czekając na swoją kolej. Im mnie ludzi przede mną było, tym bardziej się denerwowałam.
-Dzień dobry, szukam Tomka Zielińskiego. -powiedziałam cicho, kiedy kobieta za ladą popatrzyła na mnie wyczekująco. Kiwnęła głową i zaczęła stukać coś na klawiaturze. Chwilę potem podała mi, na który oddział mam się skierować. Widząc moją niewyraźną minę, zapytała:
-Wszystko w porządku?
-Tak, tak.- odpowiedziałam machinalnie. - Dziękuję. 
A potem na nogach jak z waty dotarłam do jednej z wind, czując, że robi mi się niedobrze. Tomek faktycznie trafił do szpitala i to kilka dni temu, a ja nawet nic o tym nie wiedziałam. Bałam się, bo nie wiedziałam co mu się stało i w jakim jest stanie. 
Drzwi windy otworzyły się, a ja nabrałam w płuca powietrza.
Czułam się, jakbym miała zaraz zemdleć.
*
Ktoś się tego spodziewał? ;)

Przyznam się, że w tym fragmencie jak i kolejnym może być trochę wątków autobiograficznych, ale tylko dotyczących wyglądu szpitala, bo nie raz przydarzyło mi się widzieć jego wnętrze, kiedy odwiedzałam siostrę. :)

Co do naszych wszystkich bohaterów, a w szczególności trójcy Lena-Tomek-Adrian mam od dawna ustalone plany. Które bardzo szybko zostaną wykonane w stu procentach. Ten post, to już rozdział siedemnasty. Do epilogu jeszcze jakieś dwa, trzy rozdziały. Zależy, czy rozwiąże mi się język podczas ich pisania. ;)

Przy okazji zapraszam na wakacyjną. :)

Szkoda tych naszych Skrzatów. Pierwszy set mecza z Zaksą był świetny, a potem... nagle jakby czegoś brakło. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe. Kiedy już wiedziałam, że tego nie wygramy, miałam tylko nadzieję, że MVP zgarnie Bociek i na szczęście się tak stało. ;) Bardzo go lubię, grał świetnie i zasłużył na to wyróżnienie. :)


niedziela, 10 listopada 2013

Rozdział szesnasty

Zawiązałam tenisówki i ruszyłam szybko, przechodząc do truchtu. Skupiłam się na oddychaniu, całkowicie wyłączając się z tego, co mnie otaczało. Jedną z niewielu rzeczy, które do mnie docierały, był kołyszący się na boki przy każdym kroku kucyk, ocierający się o moje plecy. 
Poczułam lekkie pociągnięcie za włosy. Odwracałam się, kiedy tuż obok mnie pojawiła się Majka.
-Prawie mnie tym wzroku pozbawiłaś.- powiedziała z udawanym wyrzutem.
-Dobrze, że ,,prawie''. Nie chcę pójść siedzieć. - mrugnęłam do niej, a potem zgodnie zaliczyłyśmy kolejne kółko. 
-Nienawidzę go.- wysapała moja przyjaciółka, kiedy przebiegłyśmy obok naszego nauczyciela, który krzyczał, żebyśmy przyspieszyły, bo wpisze nam mierne. 
-I jego też.- dodała, gdy przemknął obok nas kolega z klasy. Spojrzałam na jej zaróżowioną twarz i czoło mokre od potu.
-Widzę, że koleżanka nie potrafiła poradzić sobie z babcią w te minione święta. - rzuciłam, czekając na jej reakcję. 
-Czyżby jakaś aluzja do mojej tuszy?- zapytała, śmiejąc się. 
-Niee, skądże. - odpowiedziałam niewinnie.
-Dobra, przejrzałaś mnie. Zbyt dużo makowca, ciasteczek i czekoladowych cukierków, które wisiały na jej choince. Ale mamy teraz nowy rok, nowy start. Przechodzę na dietę. - spojrzałam na nią z niedowierzaniem, szczególnie, gdy podniosła do góry dwa palce, przysięgając.
-A ty masz jakieś postanowienia noworoczne?- zapytała pomiędzy kolejnymi krótkimi oddechami.
Zastanawiałam się przez chwilę, nim odpowiedziałam.
-Chcę po prostu być szczęśliwa. Tego chyba nie da się wykonać tak łatwo jak posprzątanie pokoju czy pójście do sklepu po odtłuszczone produkty.- wzruszyłam ramionami. 
Będąc na ostatniej prostej, przyspieszyłam i zawołałam do przyjaciółki:
-Majka, szybciej! Wyobraź sobie, że czeka tam na ciebie czekolada z orzechami!
-Lena!- warknęła, próbując dotrzymać mi kroku.
-To zamiast czekolady Ryan Gosling!
Dziewczyna spięła się w sobie i dobiegła na metę chwilę po mnie. Zwaliłyśmy się na jeden z materacy leżący pod ścianą, próbując uspokoić swoje oddechy i ignorując nauczyciela, który narzekał na sprawność fizyczną pozostałych, umierających jak my uczniów z naszej klasy.
-Ryan Gosling.- jęknęła Majka. - Ty to wiesz, jak mnie zmotywować.
-A co, nie podziałało?- uśmiechnęłam się do niej mrużąc oczy, za co dostałam lekkiego kuksańca w bok. Lekkiego, bo leżąca obok mnie dziewczyna na szczęście wyczerpała już swoje pokłady energii.

Wpatrywałam się w wiszący wysoko nad nami sufit. Nauczyciel wfu strasznie się na nas uwziął i stwierdził, że zatroszczy się o nasze zdrowie. Podwójne lekcje tego przedmiotu zamieniały się w katorgę- z nicnierobienia czy gier zespołowych, nagle zaczęliśmy wyczyniać różne wygibasy. Drążek, skok przez kozła, biegi na czas. Nie stroniłam od aktywności fizycznej, ale też nie lubiłam, jak ktoś pokrzykiwał za mną, kiedy wypluwałam sobie płuca, a już szczególnie jeżeli czułam negatywne skutki wysiłku. Mleczan gromadzący się w mięśniach dość umiejętnie przeszkadzał mi i większości ludzi z mojej klasy w normalnym funkcjonowaniu. Nie oszukujmy się- oprócz sportowców, którzy należeli do szkolnej lub innej drużyny, żadne z nas nie było przyzwyczajone do szaleńczych treningów. 

-Wreszcie spokój?- usłyszałam ciche pytanie ze strony Majki. Leżała z rękoma pod głową, a jej twarz powoli powracała do normalnego koloru. - W domu, mam na myśli.
-Aaaa. O dziwo tak. Ojca nadal nie ma, z tego co wiem, z mamą chyba już sobie wszystko wyjaśniłam, chociaż i tak się na mnie boczy. Gdybym nadal z nią mieszkała, na pewno nie wystawiłabym nosa poza drzwi wejściowe przez jakiś miesiąc. Jak nie dłużej. A to i tak byłaby pewnie dość łagodna kara.- westchnęłam. 

Po świętach i sylwestrze miałam co opowiadać Majce. Tym bardziej, że jej rodzice postanowili spędzić to drugie inaczej niż zwykle i zabrali ją i jej rodzeństwo w góry. Tak naprawdę dopiero w szkole, na dłuższej przerwie zasiadłyśmy w kącie korytarza i to wtedy mogłam porządnie się jej wygadać. 
Kiedy tamtego wigilijnego dnia wróciłam do domu, nie miałam zbyt wiele czasu na przemyślenie całej sytuacji z Adrianem. Za zamkniętymi drzwiami zobaczyłam Michała i mamę tak, jak ich zostawiłam. Jedną z niewielu różnic było to, że w telewizji leciał już inny film. Spojrzeli na mnie krótko, a potem wrócili do oglądania telewizji. Poczułam się, jakby ktoś zdzielił mnie w tył głowy patelnią. Jakbym uciekła z wariatkowa. Przez dobrą chwilę miałam wrażenie, że ta cała kłótnia była tylko moim czystym wymysłem. Albo snem, jednak uszczypnięcie się w rękę utwierdziło mnie w przekonaniu, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ale czy ktoś na serio udowodnił to, że szczypanie się w śnie nie powoduje bólu? 
Zdezorientowana po jakimś czasie wskoczyłam pod prysznic, a kiedy później wyszłam ze swojego pokoju w cieplutkiej piżamie i mokrych włosach, na jednej z rozłożonych kanap spała mama. Telewizor był wyłączony, a jednym źródłem światła były kolorowe lampki zawieszone na choince. Złapałam mijającego mnie w drodze do łazienki Michała i wciągnęłam do pokoju, zamykając drzwi.
-Co jest?- zapytałam. - Wyjaśnisz mi to wszystko? Czemu mama zachowuje się, jakby nic się nie stało?
-Lena...- westchnął, pocierając kark.- Wpakowałaś mnie w niezłe tarapaty. Ładnie to tak zostawiać mnie na pastwę wkurzonej mamy? Przecież jak wyszłaś, para jej z uszu szła, przysięgam. 
-Jak widzę, nieźle sobie poradziłeś. Nawet lepiej niż nieźle.
-Ma się ten talent.- mrugnął, siadając na moim łóżku, tuż obok mnie. Skrzyżowałam nogi i odwróciłam się w jego stronę.
-Długo jeszcze będę ciągnąć cię za język?- zapytałam, popędzając go. 
-Ok, ok. Już się nad Tobą nie znęcam.- powiedział, patrząc na mnie z ukosa. - Mama strasznie się wściekła. Nie tylko z powodu tego, co powiedziałaś, ale tego, że wyszłaś bez jej pozwolenia, skoro nie skończyła z Tobą rozmawiać. Miotała się po pokoju i myślała, że również potępię Twoje zachowanie. Kiedy zobaczyła, że tak się nie stanie, bo cały czas milczałem, jakby odebrało jej mowę. Doszła do wniosku, że oboje się zbuntowaliśmy, że to wszystko przez to, że już z nią nie mieszkamy. Próbowała nawet wmówić mi, że stałaś się taka nieposłuszna, bo to ja się Tobą opiekuję. Wiesz, że ściągnąłem cię na ciemną stronę mocy.
-I?
-I wtedy stwierdziłem, że ja też powiem jej dokładnie to co myślę. Nie krzyczałem na nią w przeciwieństwie do ciebie, ale jasno wyłożyłem swoje argumenty, które były przecież podobne do Twoich. Popłakała się, mówiąc, że nie wie co robić. Powiedziałem jej, że powinna odejść od ojca. Tak skończyła się nasza rozmowa. Chwilę później zachowywała się, jakby tego problemu nie było. Cała historia.
Wpatrywałam się w swojego brata.
-Jak myślisz, co zrobi?- zapytałam, chcąc poznać jego opinię.
-Normalnie powiedziałbym, że nic, ale może da jej to do myślenia.- westchnął, a potem z ociąganiem podniósł się z łóżka i wyszedł z pokoju.
Cały ten wolny czas od świąt do nowego roku spędziliśmy w trójkę. Powoli przyzwyczailiśmy się do obcowania ze sobą, ale do tematu ojca już nie wracaliśmy, żadne z nas tego nie chciało. Łatwiej było udawać, że nie istnieje, poza tym chyba nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia w tej sprawie.

Podniosłyśmy się z materaca, zagonione z resztą dziewczyn do drabinek. Zaczepiłam nogi o dolne szczebelki i zaczęłam robić brzuszki.
-A jak tam Adrian?- zapytała Majka, pomiędzy jednym brzuszkiem a drugim.
-W porządku.- uśmiechnęłam się na myśl o swoim chłopaku. Bo tak mogłam już go nazwać.
Michał był zdziwiony, kiedy dowiedział się o tym, że chodzę z jego przyjacielem. Który na dodatek jest w jego wieku. Bałam się jego reakcji, ale jedyne, co powiedział na ten temat to:
-Lena, nie sądzisz, że on jest dla ciebie... Trochę za stary? 
-Nie ma osiemdziesięciu lat.- skwitowałam. Wracaliśmy z zakupów i ciężkie torby, które niosłam, niepozostały bez wpływu na moje samopoczucie.
-Wiesz o co mi chodzi. Ludzie w moim wieku mogą szukać czegoś innego, niż twoi rówieśnicy.
-Boże, proszę, nie rób tego. Nie wchodź na ten śliski grunt, bo oboje będziemy czuć się niezręcznie. - odpowiedziałam, nie wierząc w to, co słyszę. - Wiem o co ci chodzi. Nie jestem głupia, tak? Nie pozwolę nikomu mieć nade mną kontroli i na pewno nie będę robić czegoś, czego zrobić nie chcę.
-Ok.- powiedział i resztę drogi szliśmy, milcząc.
Już więcej nie rozmawiał ze mną na ten temat, ale widziałam, że zaczął chłodniej odnosić się do Adriana. Pomyślałam, że dla nas wszystkich przyzwyczajenie się do tej sytuacji zajmie trochę czasu.

-Czyli wszystko ok?- zapytała Majka, kiedy z brzuszków przeszliśmy do rozciągania nóg.
-Patrząc na to, jak wcześniej było beznadziejnie, chyba mogę tak stwierdzić.- odpowiedziałam. Naprawdę, tak dobrze nie układało mi się od dawna. W szkole moja średnia ze śmiesznie niskiej zaczynała szybować do góry i dzięki temu nie wstydziłam się już zaglądać do dziennika, żeby zobaczyć, co dostałam z poszczególnych przedmiotów. Nie musiałam pracować i dlatego wszechobecny bałagan w naszym mieszkaniu musiał wyprowadzić się z niego, miałam nadzieję, że na dobre. I co najważniejsze- otaczały mnie bliskie mi osoby, którym ufałam, z którymi świetnie się bawiłam i wiedziałam, że nigdy mnie nie zawiodą. 

Kiedy wyszłam po lekcjach ze szkoły sama, bo Majka została na dodatkowej matmie, brnąc w śnieg przez szkolne podwórko dostrzegłam znajomą mi twarz. Chłopak podszedł do mnie powoli.
-Chciałem z Tobą pogadać.
Nie wiedziałam dlaczego, ale na te słowa zaschło mi w gardle. Włożyłam ręce do kieszeni i czekałam, aż coś powie, jednocześnie modląc się, żeby moje złe przeczucia się nie sprawdziły.
*
Zadowolona po meczu Skry z Resovią siedzę tutaj w sobotni wieczór, wiedząc, że muszę odautorski skleić już dzisiaj. Wkurza mnie fakt, że literkę ,,u'' muszę naciskać kilka razy, bo klawiatura mi szwankuje. Także jeżeli gdzieś brakuje właśnie tego nieszczęsnego ,,u'', to mi wybaczcie. Nie lubię jak klawiatura mnie spowalnia, bo uciekają mi pomysły. Ten weekend wyjątkowo owocny jeżeli chodzi o pisanie, bo na kartkach, jak nigdy spisałam kolejną fragment na wakacyjną, poza tym nowe opowiadanie, które zacznę po napisaniu tego, również wyrywa się z mojej głowy i każe przelać się choćby na papier. ;)

W czasie publikacji tego postu zapewne zanurzam się w wodzie pachnącej chlorem, bo tato zabrał nas na basen. Dawno nie pływałam. ;)

A teraz, siedząc tu w sobotni wieczór zastanawiam się, jak zaplanować sobie czas, żeby zdążyć z dziełem na polski, które muszę przerobić na ten czwartek, oraz masa zadań z wszystkiego.

Fajnie się tak czasami oderwać od nauki. ;)


piątek, 1 listopada 2013

Rozdział piętnasty

Siedzieliśmy w trójkę przy stole, ciepłe światło lampy i stojącej niedaleko choinki wprawiło mnie w świetny nastrój. Była Wigilia, a my spędzaliśmy ją razem z mamą. Miło było zobaczyć ją po pewnym czasie. Wyglądała lepiej, niż gdy ostatnio spotkałam ją w mieście. Choć nadal uśmiechała się dość rzadko, a zmarszczka, która wytworzyła się między jej brwiami świadczyły o tym, że zmartwienia jej nie opuszczały, znikły sińce pod oczami, więc miałam nadzieję, że jakoś pogodziła się z naszą wyprowadzką.

Rozmowa na początku się nie kleiła. Co prawda Michał odpowiadał na zadawane przez naszą rodzicielkę pytania, sam zadawał jej własne i dzielili się informacjami na temat tego, jak wiedzie się im w pracy, to tak naprawdę czułam się trochę nieswojo. Przywykłam do siedzenia z samym Michałem, kiedy żadne z nas praktycznie nic nie mówiło, a w otoczeniu mamy, do której gdzieś w głębi żywiłam pretensje, byłam skrępowana. Odpowiadałam krótko, bez rozgadywania się na jakieś bezsensowne tematy, a oni musieli to zauważyć. Cały czas nękała mnie jedna myśl, ale nie miałam odwagi wypowiedzieć jej na głos.

Kiedy rozpakowaliśmy prezenty i siedliśmy przed telewizorem, który odtwarzał jakiś świąteczny film, zaczęłam obracać w dłoniach książkę, którą dostałam od mamy i mięciutki sweter, czując, że jeżeli nie teraz, to nigdy nie nadejdzie odpowiednia chwila.
-Gdzie jest tato?
Na moje słowa Michał i mama przerwali rozmowę i oderwali wzrok od telewizora, przenosząc go na mnie.
-Zniknął.- odpowiedziała, zaciskając usta w cienką linię i marszcząc brwi, co tylko uwydatniło zmarszczkę na czole.
-Ale w sensie, że... - nie dokończyłam, mając nadzieję, że oboje rozumieją, iż chodzi mi... No cóż, o więzienie.
-Tak naprawdę sama nie wiem. Po prostu spakował się pewnego dnia i wyjechał.
-Acha. - mruknęłam, czując rosnącą złość. Mimowolnie moja pięść zacisnęła się na trzymanym na kolanach swetrze. - Jakie to dla niego typowe.
-Wróci? - zapytał Michał. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, poza tym wyraźnie unikał z nami kontaktu wzrokowego.
-Nie wiem. Może tak, może nie. - odpowiedziała mama, wzruszając ramionami.

Nagle jej zachowanie sprawiło, że coś we mnie pękło.
Przypomniałam sobie jak za każdym razem próbowała zatrzymać ojca, aby został. Każdą pojedynczą kłótnię, kiedy starała się uświadomić mu, żeby rzucił wszystkie szemrane interesy na rzecz naszej rodziny. Jak zawsze milczała na temat postępków ojca, nie wtajemniczając nas w nic, a potem pozwalając mu po powrocie ustanawiać jego własne prawa. Ten sam obojętny wyraz twarzy, kiedy on tak po prostu znikał. I wreszcie w mojej głowie zaczęło odtwarzać się ostatnie, najświeższe wspomnienie. Kolejny powrót ojca i to, że stanęła po jego stronie.
Nagle uderzyło mnie to, że zawsze tak było. Zawsze była mu uległa i zgadzała się na wszystko, przytakiwała każdemu wypowiedzianemu przez niego słowu, nawet jeżeli było czymś całkowicie sprzecznym do jej postępowania i poglądów.

-Przestań, przestań tak robić.- warknęłam, spoglądając w jej stronę i próbując jakoś się kontrolować. Na twarzach mamy i Michała pojawiło się zdziwienie.
-Lena, o co ci... - zapytała, ale jej przerwałam.
-Przestań go bronić, udawać, że nic się nie dzieje. Mam już tego po dziurki w nosie. Wiesz, jaka ja byłam głupia? Cały czas wydawało mi się, że ci na nas zależy, na mnie i Michale, ale teraz doszłam do wniosku, że tak naprawdę nie jest. - wstałam z kanapy, targana emocjami.
-Lena, nie opowiadaj głupot.
-Słuchaj, czy ty tego nie widzisz? Nie widzisz tego, że ten człowiek rozwala Twoje życie? Nie pomyślałaś nigdy o tym, że pewnego dnia może cię w coś wrobić? Dlaczego zawsze, jeżeli ma problemy, biegniesz do niego z pomocą? Nie widzisz, że jeżeli ty upadniesz, jego nigdy nie ma w pobliżu? To pasożyt, który po prostu cię perfidnie wykorzystuje.- podniosłam głos, rzucając sweter na krzesło.
-Lena! - na twarzy mojej matki pojawiła się złość. - Nie mów tak o swoim ojcu!
-Nie mam zamiaru milczeć na temat czegoś, co jest prawdą. - odpowiedziałam gorzko. - My już się od niego odcięliśmy i najlepiej zrobisz, jeżeli postąpisz tak samo.
-Słuchaj, wydaje mi się, że to ja jestem tutaj starszą osobą i nie będziesz mówić mi, co mam robić.
-Zrobisz jak chcesz. Chcę tylko ci uświadomić, że wiek wcale nie jest tak istotny i wcale nie musisz mieć 40 lat, żeby zauważyć pewne rzeczy. - powiedziałam, ubierając buty. Złapałam kurtkę z wieszaka i otworzyłam drzwi.
-Gdzie ty się wybierasz? - krzyknęła za mną.
-Muszę stąd wyjść, bo się duszę. - trzasnęłam drzwiami i nie czekając na windę, zbiegłam na dół schodami, zapinając po drodze kurtkę.

Wyleciałam jak burza z budynku, czując, że ucisk, który miałam w żołądku przez cały wieczór, zniknął. Wreszcie powiedziałam wszystko, co myślałam, nie pozostawiając niedomówień. Miałam nadzieję, że za moim przykładem to samo zrobi Michał, który został sam na sam z mamą w dość niezręcznej sytuacji. Szłam przed siebie mijając nielicznych przechodniów, którzy albo spieszyli się do domu, albo spacerowali z rodziną po obfitej wigilijnej kolacji. Błądziłam bez celu, a chłodne powietrze, które wdychałam, sprawiało, że z każdym kolejnym krokiem czułam się lepiej. Złość przeszła mi tak szybko, jak się pojawiła i równie nagle pojawiły się wyrzuty sumienia. Miałam jednak nadzieję, że moje słowa dadzą mamie do myślenia. Zawsze dusiłam swoje myśli i emocje w środku, tym razem postanowiłam jednak pokazać jej, że też mam pewną opinię na ten temat. Bunt prawie zawsze uległej córki musiał być dla niej zaskoczeniem.
Chyba musiałam się komuś wygadać.
Po kilkunastu minutach drogi znalazłam się w dzielnicy, w której mieszkał Tomek. Napisałam do niego smsa, z zapytaniem, czy mógłby pogadać i w oczekiwaniu na odpowiedź zgarnęłam śnieg z oparcia ławki stojącej w alejce nieopodal jego domu, po czym usiadłam na niej. Nie chciałam do niego dzwonić, bo pewnie siedział przy stole z rodziną i dobrze się bawił.
Dźwięk smsa usłyszałam bardzo szybko po wysłaniu wiadomości. Uśmiechnęłam się do siebie krzywo po odczytaniu wiadomości.
,,Jestem u babci. Coś się stało?
,,Nic, pogadamy jak wrócisz. ''
Westchnęłam, wysyłając ten sms, w którym mocno naginałam rzeczywistość, ale naprawdę nie chciałam go martwić. To, że ja mam problemy nie znaczy, że on też musi od razu o nich wiedzieć. Moje święta były jakie były nie zezwalały mi na niszczenie tego magicznego czasu komuś innemu.
Wstałam z ławki, otrzepując śnieg z płaszcza i ruszyłam w drogę powrotną. Telefon zaczął wibrować w mojej kieszeni, ale widząc, kto dzwoni, odrzuciłam połączenie. Na usprawiedliwienie napisałam smsa.
,,Nie martw się Michał, żyję i  niedługo wrócę. Nie uciekłam. ;)''
Otrzymałam potwierdzenie dostarczenia i zaczęłam bez przekonania bawić się urządzeniem. W pewnym momencie grzebiąc w telefonie znalazłam numer Adriana.
Po chwili zastanowienia nacisnęłam zieloną słuchawkę.
*
-Boże, zachowałam się jak histeryczka. Siedzimy sobie w trójkę, wszyscy zadowoleni. Mama pyta, czy nie dolać mi kompotu, cieszy się, że wreszcie spędzamy razem dzień, a chwilę później po otworzeniu prezentów po prostu na nią naskoczyłam. - jęknęłam, kręcąc głową.
-Kurcze, Lena, może tak miało być. Już kiedyś powiedziałem ci, co myślę na temat zachowania Twojej mamy. Nie możemy robić z niej ofiary, skoro ma prawo decydować o swoim życiu. To, że wygląda ono, jak teraz wygląda, jest tylko i wyłącznie jej zasługą. - odezwał się cicho Adrian po chwili myślenia.
-Cały czas wydaje mi się, że źle zrobiłam. Boże, histeryczka ze mnie i mazgaj.

Siedzieliśmy w aucie Adriana pod moim blokiem. Jakieś pół godziny wcześniej zadzwoniłam do niego i chyba musiał usłyszeć w moim głosie zagubienie, bo bardzo szybko pojawił się wyznaczonym miejscu, siedząc za kierownicą swojego Renault Clio. Otworzyłam drzwi i kiedy zapinałam pasy na siedzeniu pasażera, rozkleiłam się. Nie powiem, żebym była z tego powodu dumna. Kilka dobrych minut zajęło mi uspokojenie się, a siedzący obok mnie Adrian próbował mnie pocieszyć. Zawsze zazdrościłam innym tego, że potrafią panować nad swoimi emocjami. Ja nie posiadłam takiej umiejętności. Czułam się jak mały stateczek na środku morza podczas sztormu, zalewany przez ogromną falę smutku lub złości.
Kiedy już przestałam wyć na siedzeniu obok, Adrian mógł skupić się na jeździe i tak oto znaleźliśmy się na moim osiedlu. Nie miałam jednak ochoty wracać już do domu, tym bardziej, że odciągnęłam go od wigilijnego stołu, żeby pogadać. 

-Według mnie, taka terapia wstrząsowa wyjdzie twojej mamie tylko na dobre. 
-Ciekawe, co powiedział jej Michał. Trzyma jej stronę, czy moją... - wyraziłam głośno swoje obawy. W półmroku dostrzegałam ledwo sylwetkę Adriana. Na moje słowa, prychnął.
-Proszę cię, Lena. Ja też spędzam z nim dużo czasu i wiem, że nosił się z zamiarem wygarnięcia waszej mamie wszystkiego. Chciał postawić sprawę jasno, zabrakło tylko bodźca. Może właśnie dzisiaj rozwiązałaś mu język.

Powoli przetrawiałam jego słowa. W kieszeni znów zabrzęczał mi telefon, informując mnie, że Michał martwi się o mnie i chce, żebym jak najszybciej wróciła do domu. Po odczytaniu smsa uśmiechnęłam się krzywo, łapiąc za klamkę drzwi. 
-Może nie dostanę szlabanu. 
Adrian zaśmiał się, wysiadając z drugiej strony. 
-Dzięki wielkie. Przepraszam, że wyciągnęłam cię z rodzinnej kolacji. - powiedziałam, wkładając ręce w rękawiczkach w kieszenie, bo mroźny wiatr momentalnie spowodował, że po wyjściu z ogrzewanego auta zaczęły drętwieć mi palce. 
-To ja powinienem dziękować, że mogłem choć raz wywinąć się od oglądania ,,Kevina samego w domu''. - zaśmiał się, zawiązując szalik, który kupiłam mu pod choinkę. 
Odwracałam się, żeby odejść, kiedy zawołał:
-Hej, poczekaj jeszcze chwilę. 
Odwróciłam się zdezorientowana, sprawdzając po kieszeniach, czy aby czegoś nie zostawiłam w środku, wszystko jednak wydawało się być na swoim miejscu. Ciemnowłosy zniknął mi z pola widzenia, kiedy zaczął szukać czegoś w aucie, by po chwili pojawić się tuż obok mnie z kolorową paczuszką. Podał mi ją, z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Myślałaś, że zapomniałem? - zapytał, spoglądając na mnie. Ja nadal jak wryta stałam z pakunkiem w rękach, zastanawiając się, co jest w środku, aż obudziło mnie lekkie szturchnięcie.- No otwórz, chcę zobaczyć Twoją minę.
Wyciągnęłam ręce z rękawiczek i zaczęłam walczyć z papierem. Stwierdziłam, że tak łatwo się nie poddam. Widząc, że jego rozerwanie idzie mi dość opornie, Adrian wyciągnął ręce z kieszeni i jednym ruchem wyswobodził prezent. Spojrzałam na trzymany w rękach przedmiot i zaśmiałam się:
-Czyli o to chodziło z tym Twoim zainteresowaniem dotyczącym książek. Mogłam domyślić się już wcześniej. - przypomniałam sobie sytuację, gdy spotkałam go w galerii, a on ze szczególną uwagą przyglądał się książkom, o których mówiłam. 
-Nie wiedziałem, co ci kupić, żeby trafić w Twój gust, sama podsunęłaś mi idealny pomysł.- wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko. 
-Kurcze, w jeden wieczór zgarnęłam aż trzy książki. - pokręciłam głową nie wierząc, że dostałam od niego prezent. - Dziękuję ci bardzo.
Uśmiechaliśmy się do siebie w półmroku panującym na osiedlu, milcząc.
-Lepiej już leć, bo Michał zdąży się zezłościć. - przerwał ciszę Adrian, a ja pokiwałam głową na znak zgody z jego pomysłem. 
Zrobiłam krok do tyłu i odwróciłam się na pięcie, idąc powoli przez skrzypiący pod nogami śnieg w stronę drzwi do klatki. Nim zdążyłam wyciągnąć klucze z kieszeni, usłyszałam szybkie kroki, a potem zaskoczona utonęłam w objęciach Adriana.

Dopiero, gdy w windzie nacisnęłam guzik z numerem mojego piętra, dotarło do mnie, że właśnie mnie pocałował.
*

Cholera, znowu to zrobiłam.
Zastrzelcie mnie za przedwczesną publikację. I to jeszcze jaką :D
Najwidoczniej mama nie nauczyła mnie, jak się posługiwać kalendarzem. Zastanawia mnie tylko dlaczego zawsze muszę choć raz pomylić się w ten sposób z każdym blogiem. To już chyba tradycja. ;)

Wszystko przez ten trzydniowy weekend, przez cały piątek myślałam, że jest sobota :D
Pff. Dobra, ochłonęłam.

Jestem w 100% pewna, że opowiadanie nie będzie mieć więcej niż 20 rozdziałów. Będą jeszcze jakieś trzy, cztery, maksimum pięć, chyba, że to epilog będzie numerem 21. ;) A w międzyczasie ogarnę szablon na nowym blogu, którego adres na razie przed wami ukryłam. ;)

Oczywiście zapraszam na nowy post na wakacyjnej. :)

niedziela, 27 października 2013

Rozdział czternasty

Następnego dnia po śniadaniu poszłam do kawiarni, żeby zastać szefową. Kiedy powiedziałam jej, że rzucam pracę nie skomentowała tego faktu, jedynie obiecała przesłać mi pieniądze za przepracowane ostatnio dni na konto. Opuszczając budynek nie czułam żalu, że coś się kończy. Wiszące na niebie słońce świeciło tak ostro na leżący na chodnikach biały śnieg, że musiałam mrużyć oczy, praktycznie nic nie widząc. Moje samopoczucie uległo zmianie, czułam się, jakbym wyszła właśnie z jakiegoś mega doła. Wreszcie czułam, że nie będę musiała dawać z siebie dwustu procent, jak do tej pory i miałam nadzieję, że zmęczenie, które towarzyszyło mi ostatnio, wreszcie minie. Nie wiem, czasami otwierając rano oczy czułam się tak okropnie, że marzyłam już o momencie, kiedy wrócę do łóżka. Brak ruchu, szybko nadchodzący zmierzch chyba na wszystkich tak działały. Zima nie była złą porą roku, ale zdecydowanie wolałam lato, kiedy byłam lżejsza o kilka warstw ubrań. Wydawało mi się wtedy, że mogę zrobić więcej, czułam w sobie więcej siły i pewności siebie.

Dobry humor, który od dawna mnie nie odwiedzał, sprawił, że wracając do domu weszłam do jednej z wrocławskich galerii handlowych. Michał poprzedniego wieczoru dał mi trochę pieniędzy na kupienie sobie czegoś pod choinkę. Patrząc na kwotę, którą mi ofiarował, odkryłam jego zamiary- nie chodziło mu o to, że z powodu pieniędzy, które dał nam ojciec możemy teraz wyrzucać je w błoto i żyć jak magnaci, ale o to, bym kupiła też prezenty dla innych. Co prawda z wypłaty udało mi się odłożyć trochę i dlatego kupiłam już kilka drobiazgów dla najbliższych mi osób.

Idąc powoli rozświetlonym jasno korytarzem galerii, ściągnęłam kurtkę i rozglądałam się po witrynach. Ludzi w każdym ze sklepów było mnóstwo, nawet w tych mega drogich, które przeważnie świeciły pustkami. Weszłam do Empika, czując potrzebę obejrzenia pięknych książek i może kupienia sobie jakiejś. Zawsze lubiłam czytać i kolekcjonować tytuły, więc chęć była silniejsza ode mnie. Czytałam opis na jednej z książek Sparksa, gdy usłyszałam dzwonek telefon. Zaczęłam poklepywać się po kieszeniach, szukając go dość długo. Kiedy w końcu odbierałam, piosenkarz zaczął już śpiewać refren.

-Słucham? - zapytałam, spodziewając się, czyj głos usłyszę, choć byłam tym faktem zaskoczona.
-Hej Lenka. To nie ty przypadkiem mignęłaś mi koło Victoria's Secret?
-Bardzo możliwe, że to byłam ja.- powiedziałam, podnosząc z podłogi moją kurtkę, która wyślizgnęła mi się z rąk, bo dwie ręce totalnie mi w tej chwili nie wystarczały.
-To na pewno byłaś ty. Właśnie cię widzę.
Podniosłam głowę rozglądając się, aż zobaczyłam idącego między regałami, uśmiechniętego Adriana. Na jego szyi luźno wisiał szalik, który dałam mu ostatnio z okazji świąt. Zauważył, że się mu przyglądam.
-Punkt dla ciebie. - zaśmiałam się, wskazując na niego.
-Widziałaś jak mi w nim do twarzy? - owinął głowę szalikiem w celu zademonstrowania.
-Wyśmienicie wyglądasz. Kto ci kupił takie cacko?- zaśmiałam się. - Co ty tu w ogóle robisz?
-Na zakupy przyszedłem. Muszę zanotować sobie, żeby za rok wybrać się na tę eskapadę wcześniej, bo ludzi tu jak mrówek. Powariowali, czy co? To samo w supermarketach, wózki wypchane po brzegi, jakby jakaś wojna szła. Czasami zastanawiam się, czy ja czegoś przypadkiem nie wiem. - spojrzał na trzymaną przeze mnie książkę. - Książka. Ambitnie. Komu kupujesz?
-Sobie samej. - zaśmiałam się z jego wcześniejszego komentarza dotyczącego świąt, z którym kompletnie się zgadzałam. Czuło się ten ból szczególnie, gdy zapomniało się kupić jednej bardzo ważnej rzeczy, a potem stało się w kilometrowej kolejce, która zdawała się nie posuwać, tylko z jednym produktem w ręku. Tak wiele razy to przerabiałam i tak bardzo tego nienawidziłam. Wróciłam do tematu. - Nie wiem tylko którą, bo jest ich tak dużo. Wszystkie chciałabym przeczytać.
-To już wiesz czym zajmiesz się na emeryturze. - mrugnął do mnie. - Czytałaś już któreś?
-Kilka. - pokazałam okładki. Po chwili podjęłam decyzję. - Dobra, chodź do kasy, kupię tę. Na inne przyjdzie czas kiedy indziej.

Zapłaciłam za wybraną powieść i schowałam ją do torebki. Adrian wyraził chęć towarzyszenia mi w zakupach, odzywając się przy wyjściu z Empika:
-Wykorzystam cię.- wyszczerzył się.
-W takim razie ja nie pozostanę ci dłużna.- odpowiedziałam, czując o co mu chodzi.

Jakieś pół godziny później krążyliśmy po sklepach z damską i męską odzieżą. Adrian szukał coś dla swojej siostry i mamy, a ja dla Michała. Kiedy oboje po dość długim namyśle wybraliśmy coś dla naszego rodzeństwa, weszliśmy do Apartu, gdzie w oko wpadła mi piękna zawieszka. Kupiłam ją z myślą o mamie i tak, gdy Adrian wybrał dla swojej mamy parę kolczyków, zalegliśmy w jednym z niewielu wolnych stolików w Macu.

-Jezu, ale maraton. Mam już dość, na cały rok mi wystarczy wrażeń. - westchnął, rozsiadając się na krześle. Sięgnął po hamburgera, a ja złapałam za cheeseburgera.
-Spokojnie, ja też nie lubię zakupów. Nie rozumiem osób, które przychodzą do takich miejsc co tydzień, żeby choćby pooglądać rzeczy. Albo mam pieniądze i idę tu w jakimś celu, albo nie przychodzę. To tak jakbyś machał kiełbasą przed głodnym psem. Bez sensu. - łyknęłam trochę lodowatej coca-coli.
-Nie wierzę. Jesteś pierwszą dziewczyną, której nie bawią zakupy.- spojrzał na mnie zdziwiony. -Gdzie ty się chowałaś całe moje życie?
-Tu i tam. - zaśmiałam się.
Usłyszałam dzwonek jego telefonu. Przez chwilę rozmawiał z kimś, a ja w tym czasie poszłam wyrzucić resztki z naszych tac. Kiedy wróciłam do stolika, Adrian podał mi moją reklamówkę, zbierając wszystkie swoje.
-Muszę lecieć, mój kolega Paweł na mnie czeka.
Odprowadził mnie pod same drzwi galerii, po czym cmoknął mnie w policzek, trochę wybijając mnie tym z równowagi i zawołał:
-Dzięki wielkie Lenka. Trzymaj się i wesołych świąt. Odpoczywaj.
-Dzięki i nawzajem. - zawołałam, gdy był już kawałek ode mnie. Otrząsnęłam się ze zdziwienia i ruszyłam do domu.

Po drodze cały czas odtwarzałam w myślach nasze pożegnanie, zastanawiając się, jak mam je odebrać. Nie miałam zielonego pojęcia jak zachowuje się Adrian w obecności innych dziewczyn. Do tej pory byłam pewna, że jesteśmy przyjaciółmi, teraz zaczynałam mieć pewne wątpliwości. Nie wiedziałam, co zrobiłabym, gdyby nagle okazało się, że Adrian chciał, żebyśmy byli kimś więcej. Mimowolnie w głowie zaczęła przewijać się rozmowa z Tomkiem i słowa na jego temat. Mam mu ufać, czy faktycznie jest coś z nim nie tak, tylko do tej pory nie zauważyłam? Miałam taki mętlik w głowie, że nie byłam w stanie zdecydować, jak mam dalej postępować w otoczeniu Adriana. Może Tomek wie więcej z opowieści brata, a może jego gadanie to czyste wymysły?

Te rozważania zajęły mi całą drogę i nim się obejrzałam, byłam już pod blokiem. Zamyślona weszłam do domu, uprzednio ledwo upychając w torebce sweter dla Michała, ponieważ nie chciałam, aby zobaczył go po moim wejściu do domu. Po wejściu do przedpokoju stanęłam jak wryta, nie mogąc wypowiedzieć choćby słowa. Rozważałam nawet możliwość pomylenia pięter i gdyby nie znajome meble, byłabym pewna, że wparowałam do mieszkania sąsiadów. W rogu pokoju stała duża, pachnąca lasem choinka. Urzeczona jej pięknem zrzuciłam byle jak buty i kurtkę, a potem podeszłam do jej, wdychając jej piękny zapach. Zawsze chciałam mieć w domu żywą choinkę, ale mama preferowała te z plastiku, bo nie trzeba było później po niej sprzątać i za rok po odkurzeniu idealnie nadawała się na kolejne święta.
Dotykałam gałęzi drzewka, kiedy do pokoju wszedł Michał. Na mój widok uśmiechnął się szeroko:
-Podoba się niespodzianka?
-Jest świetna.- odwzajemniłam uśmiech. W przypływie radości podeszłam do brata i wtuliłam się w niego.
-Jezu, chyba ci te zakupy zaszkodziły. - zdziwił się, ale objął mnie.
-Myślałam, że nie będziemy obchodzić świąt.
-Chyba żartujesz? Byłem dzisiaj na zakupach, jeżeli chcesz mieć co jeść w Wigilię to chyba musimy już zacząć przygotowania.
Moje zaskoczenie sięgnęło zenitu, kiedy dorzucił:
-Mama do nas przyjdzie. Spędzimy ten dzień wspólnie. Jak zawsze.
-A ojciec?
-Nie wiem jak ma zamiar przeżyć te Wigilię, ale nie mam ochoty siedzieć z nim przy jednym stole.- powiedział, po czym zniknął w pokoju i wrócił z tekturowym pudełkiem. Kiedy postawił je na stole, zajrzałam do środka i zobaczyłam znajome mi ozdoby, które co roku wisiały na naszej choince.- Na co czekasz, ubieraj choinkę.
-Chyba żartujesz. Masz mi pomóc.- dźgnęłam go w bok.
Spędziliśmy popołudnie dekorując choinkę, a potem piekąc ciasto i gotując część potraw na Wigilię. Michał nie miał o tym zielonego pojęcia i gdyby nie ja, nasz piernik poszedłby z dymem, ale mimo to, ten dzień zaliczałam do jednego z najbardziej udanych. Wreszcie czułam atmosferę świąt i gdyby nie sprawa z Adrianem, czułabym się zupełnie szczęśliwa. W pewnej chwili chciałam nawet zapytać Michała, co sądzi o zarzutach Tomka wobec tego drugiego, ale kiedy otworzyłam usta, stwierdziłam, że sama rozwiążę tę zagadkę. Przynajmniej na razie skłoniłam się do tej wersji.

*
Blogspot mi zaszalał i nie chciał mi dodać postu o 11, musiałam go wspomóc :D
Łatwo, szybko i przyjemnie, tak właśnie pisało mi się ten rozdział. 
Czuję ten zapach świeżej choinki. ;)

Moje życie nadal krąży wokół szkoły, może nie będę Was zanudzać szczegółami, bo i tak upust swojemu rozgoryczeniu, czy jak to inaczej nazwać, dałam w poście na wakacyjnej. Zapraszam na kolejny rozdział, to tak przy okazji. ;)

Ponieważ w tym tygodniu zaczynam rehabilitacje, będę musiała pracować na pełnych obrotach, żeby wyrobić się z nauką, jazdami, blogami i przyjemnościami. Zapowiadają się ciężkie dwa tygodnie.

Ale przynajmniej mecz Skry dzisiaj obejrzę. Idealny na odstresowanie przed nadchodzącym tygodniem. :)


niedziela, 20 października 2013

Rozdział trzynasty

Nie mogłam powiedzieć, że powrót do domu w towarzystwie Tomka nie był miły. Może nie poruszałam się z zawrotną szybkością, wciąż czując skutki upadku na śliskim chodniku, ale świat dziwnie wydawał mi się jakiś taki...lepszy. Nawet tłok w autobusie, który przejeżdżał przez dzielnicę, w której mieszkałam nie przeszkadzał mi tak, jak zawsze. Co prawda z powodu jakiegoś mężczyzny, który stanął między nami nie mogłam wymienić z Tomkiem ani słowa, ale przynajmniej miałam czas do namysłu.

Nie żałowałam tego, że postanowiłam z nim pogadać. Cieszyłam się, że w końcu sobie wszystko wyjaśniliśmy. Poza tym, chociaż moja decyzja o zaproszeniu go do domu była trochę pochopna, czułam, że nie będzie tak źle. W tej chwili nawet myśl o tym, że przez dwa następne dni będę mieć dużo roboty w kawiarni, a potem w domu, żeby spędzić Wigilię w jako takim porządku, jedząc coś więcej niż kupne pierogi, w towarzystwie milczącego brata. Chociaż na to ostatnie nie miałam wpływu.

Michał zamknął się w sobie. Widziałam, że jest mu ciężko, może miał wyrzuty sumienia, że postąpił, jak postąpił i przez to ja również cierpię. Normalnie człowiek w moim wieku zajmuje się nauką, aby zadbać o swoją przyszłość, a nie biega w jasnym fartuszku obsługując klientów. Dlatego starałam się przed nim ukryć to, jak bardzo czasem źle się czuję, rozerwana między szkołą a pracą.

Moje myśli przerwało zatrzymanie się autobusu na moim przystanku. Jakimś cudem udało mi się dać Tomkowi znak, że wysiadamy i chwilę potem ostrożnie szliśmy ośnieżonym chodnikiem. Idący obok mnie chłopak milczał, zapewne nie chcąc na mnie naciskać. Kiedy otwierałam drzwi od klatki schodowej, pomyślałam, że warto byłoby go o czymś uprzedzić.
-Słuchaj... nie zdziw się, jak będzie okropny bałagan, ok? - powiedziałam, naciskając guzik w windzie. Chwilę później poczułam lekkie szarpnięcie i zaczęliśmy wznosić się do góry. - Po prostu mój brat nie ma czasami czasu posprzątać, a mi często brakuje już na to siły.
W odpowiedzi Tomek posłał mi tylko spokojne spojrzenie szarych oczu.
Drzwi windy rozsunęły się powoli, a my wyszliśmy na korytarz, mijając jedną z moich sąsiadek. Kobieta uśmiechnęła się do mnie, taksując Tomka wzrokiem.
-Wreszcie wolne, co dzieciaki? - powiedziała, a ja mimowolnie odwzajemniłam jej uśmiech i skinęłam głową. Bardzo ją lubiłam, bo jako jedna z nielicznych zachowywała się wobec nas uprzejmie. Jak to bywa w wielkim bloku, ludzie raczej ograniczają swoje kontakty z sąsiadami do powiedzenia ,,dzień dobry'', ale ona taka nie była. Mieszkała na naszym piętrze i często spotykałam ją, wracając z zakupów, pomagałam też, jeżeli o coś mnie poprosiła. Pod względem zachowania przypominała mi naszą wychowawczynię- ciepła i życzliwa kobieta. Sądząc po spojrzeniu, jakie mi przesłała, była ciekawa kim jest mój towarzysz i ucieszyłam się, że nie zapytała o to w jego obecności.

Przekręciłam klucz w zamku i otworzyłam drzwi. Za oknami robiło się już szaro, dlatego zapaliłam światło w przedpokoju, przy okazji łapiąc się za głowę.
-Jezu, ale syf.- jęknęłam. Odwróciłam się do Tomka, który przypatrywał się mi z zabawną miną. - Poczekaj tutaj, ogarnę to trochę. Żeby cię coś nie wciągnęło.
-Spokojnie, przytulnie tutaj.
Popatrzyłam, nie rozumiejąc. Chłopak zaśmiał się i dodał:
-Zupełnie jak w moim pokoju.
Napięcie, które poczułam chwilę wcześniej w mięśniach, ustąpiło.
-Ok, ale wchodzisz na własne ryzyko. Nie podawaj mnie później do sądu, jak doznasz jakiegoś uszczerbku na zdrowiu.- zażartowałam, wchodząc do dużego pokoju, który robił dla nas za dzienny pokój, a w nocy zamieniał się w sypialnię Michała. Pierwszy rzut oka na tę niewielką przestrzeń mógł dać na to dowody. Zgarnęłam z kanapy leżące na niej ciuchy brata, a potem wraz z kilkoma innymi, leżącymi na krześle typu barowego, stojącego obok wysokiej lady, powędrowałam z nimi do łazienki, wciskając je do kosza na pranie. Będąc w tym pomieszczeniu poprawiłam szybko poprzewracane butelki z szamponami i żelami pod prysznic, a potem wróciłam do pokoju, widząc z ulgą, że Tomek już jakby się rozgościł. Chłopak podniósł książkę, która spadła ze stołu i ułożył ją na kupce innych, leżących na parapecie przy oknie.
-Czego się napijesz? Mam zwykłą herbatę, owocową i chyba cynamonową. - powiedziałam, otwierając jedną z szafek.
-Chyba zdecyduję się na tę w podstawowej wersji. - zaśmiał się, wchodząc za mną do kuchni. Zaczęłam rozglądać się po ciasnej powierzchni, próbując ogarnąć jakoś wzrokiem ten bałagan. W zlewie zalegały naczynia z dnia wczorajszego, a i na szafkach nie było zbyt czysto. Za cholerę nie mogłam znaleźć w tym syfie zapałek i czułam już, że po powrocie Michała ostro się o ten całokształt mieszkania pokłócimy. Kiedy złość we mnie zaczęła narastać, Tomek zaczął zbierać brudne kubki i wstawiać je do zlewu. Zdziwiona nie byłam się nawet w stanie odezwać. W milczeniu złapałam szmatkę i starłam kurz i okruszki z blatów, a gdy to wszystko było już jakoś ogarnięte, postawiłam wodę na gazówce, bo pod jednym z talerzy znaleźliśmy zapalniczkę, którą musiał zostawić mój brat. Z jednej z szafek wyciągnęłam paczkę owsianych ciastek i położyłam je na barku, a sama po zaparzeniu herbaty przyłączyłam się do siedzącego na stołku barowym Tomka. W milczeniu piliśmy gorący napój.
-Dlaczego ostrzegasz mnie przed Adrianem?- zapytałam, bo ta kwestia ciągle nie dawała mi spokoju. Tomek westchnął i zaczął pocierać kark, jakby zastanawiając się nad dobrą odpowiedzią.
-Po prostu trochę go znam. Nie chcę, żebyś wiązała z nim jakieś nadzieje, a potem się rozczarowała.
Powoli przetrawiałam sens jego słów, ale nadal byłam trochę skołowana. Zamiast powiedzieć mi wprost, Tomek wyraźnie nie chciał poruszać tego tematu, bo nasza rozmowa chwilę później zeszła na inne tory.
Na początku opowiadał o swoich przyjaciołach, rodzinie i o tym, jak ma zamiar spędzić święta. Słuchałam jego głosu z uśmiechem na twarzy. Nim się obejrzałam, zaczęłam opowiadać mu o tym, jak trudno jest mi teraz mieszkać tylko z bratem, o tym, że często się kłócimy i czasami mam ochotę po prostu wszystko rzucić. W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że odsłaniam przed nim swoją tajemnicę, przed czym tak bardzo się wzbraniałam. Tomek cały czas słuchał, nic nie mówiąc, a ja poczułam się strasznie głupio na myśl, że opory przed podzieleniem się z nim moją historią spowodowały naszą kłótnię.
Nagle na moich policzkach pojawiły się łzy, więc urwałam w połowie zdania i schowałam twarz w dłoniach. Usłyszałam, jak Tomek zeskakuje z krzesła i chwilę później objął mnie lekko, kołysząc.
-Mam już dość...- wypowiedziałam ledwo, zanosząc się od płaczu.
-Wiem.- szepnął, cały czas mnie obejmując.
Objęłam ramionami jego szyję, a łzy wsiąkały w jego szary sweter. Czułam się tak okropnie, nie mogłam jednak zaprzeczyć temu, że jego obecność i zachowanie koiły moje nerwy. Gdy przestałam płakać, odsunął się ode mnie, ścierając mi ostatnią łzę z policzka i uśmiechnął się lekko.
-Ale się rozmazałaś...- powiedział, a ja zaśmiałam się na te słowa.W odpowiedzi udawał oburzonego. - Nie wiem, czy to takie zabawne, jesteś pewna, że to się spierze?
Spojrzałam na jego ramię, w które wtulałam twarz i zobaczyłam ślady od czarnego tuszu.
-Ups. Przepraszam. Następnym razem jak będziesz chciał mnie pocieszyć, to dam ci jakiś ręcznik czy fartuch, żebyś nie był stratny.- odpowiedziałam, uśmiechając się lekko.
Gdy w łazience myłam twarz, usłyszałam odgłos otwieranych drzwi. Kiedy ślady płaczu były już mniej widoczne i nie wyglądałam jak dziewczyna z horroru, wyszłam do pokoju, widząc Michała witającego się z Tomkiem. Mój brat strząsnął z butów resztki śniegu i zanim zdążył coś powiedzieć, stojący obok blondyn odezwał się:
-Ja już będę lecieć.- patrzyłam, jak ubiera się, a potem odprowadziłam go do windy, mijając w przedpokoju zaskoczonego brata.
W oczekiwaniu, aż winda zatrzyma się na moim piętrze, Tomek odezwał się jeszcze:
-Trzymaj się Lena. I porozmawiaj z bratem, powinien wiedzieć, jak się czujesz. Jestem pewien, że coś wymyśli.
Uśmiechał się do mnie lekko, aż drzwi zasunęły się i straciłam go z oczu. Powoli wróciłam do domu, gdzie od razu przywitało mnie pytanie:
-Skąd ty znasz brata Pawła? - zapytał, a ja domyśliłam się, że chodzi mu Tomka.
-Chodzimy razem do klasy.- wzruszyłam ramionami.
Zaczęłam zbierać puste kubki po herbacie, kiedy Michał zapytał:
-Wszystko w porządku?
Wiedziałam, że opuchnięte oczy muszą być świadectwem tego, że tak nie jest, nie miałam więc ochoty kłamać. Siadłam obok niego na kanapie, opierając głowę o jego ramię i wreszcie zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Powiedziałam mu o swoim złym samopoczuciu, o tym, że bardzo ciężko mi pogodzić szkołę z pracą i do tego obowiązkami w szkole. Kiedy zaczęłam temat Wigilii, Michał odezwał się:
-Wydaje mi się, że od teraz będzie nam trochę łatwiej. Nie musisz pracować.
Spojrzałam na niego zdziwiona, nie rozumiejąc.
-Wróciłem dzisiaj później, bo byłem w domu. - powiedział, a moje zdziwienie sięgnęło zenitu.
-Jak to w domu?
-Mama prosiła mnie, żeby do niej przyszedł.- po tych słowach podniósł się i zniknął w przedpokoju, a chwilę potem wrócił z białą kopertą. -Dała nam to.
Wzięłam ją do rąk i zobaczyłam napis na jej przodzie. ,,Wesołych świąt''. Nie wiedząc, czego się spodziewać, zajrzałam do środka i aż mnie zatkało.
-O Boże...- nie byłam w stanie powiedzieć nic więcej. Pierwszy rzut oka utwierdził mnie w przekonaniu, że w środku jest kilka tysięcy. - Ale jak...
-Ojciec chyba chciał nam się odpłacić. Powiedziałem mamie, że nie wrócimy do domu, dlatego nalegała, żebym to wziął. Szczerze mówiąc, gdyby nie ty, nawet bym nie tknął tej koperty. Mam swój honor.

Odłożyłam kopertę na stół, zastanawiając się, jak teraz będzie wyglądać nasze życie. Czułam obrzydzenie do wszystkiego, co było choć trochę związane z ojcem, dlatego też dobrze rozumiałam brata. Wydawało mi się jednak, że jesteśmy w takim momencie życia, kiedy trzeba schować dumę do kieszeni i wykorzystać podstawioną nam pomocną dłoń.
Bo czy fakt, że ten człowiek zrobił nam wiele złego, a teraz nagle nam pomaga, nie świadczy o tym, że choć trochę czuje się winny?
*
Wydaje mi się, że do 20 rozdziałów spokojnie skończę tę historię. Zależy też od tempa pisania, bo jeżeli los będzie mi sprzyjał i będę miała na to czas, to będę dodawać dłuższe posty i wtedy będzie ich mniej. 
Ktoś na asku zapytał mnie, czy po tym opowiadaniu będę dalej pisać. Oczywiście! Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie :D Nawet powiem, że adres już mam, ale zostanie tajemnicą prawdopodobnie do epilogu. ;)

Moje życie teraz wygląda następująco- szkoła, nauka w domu, jazdy i powtórz od początku przynajmniej z 5 razy. Pff, czasami mam ochotę rzucić tymi książkami. Ale nie robię tego, bo jako mol książkowy obchodzę się z nimi delikatnie. ;)


Aż nie mam siły na myślenie.

Ewentualnie czekam na jakąś transmisję meczu Skry Bełchatów, a z tego co się orientuję w od środy do czwartku Polsat Sport transmituje mecze, więc już wiecie, gdzie się będę wtedy znajdować.
Zapewne z ćwiczeniami matmy czy słówkami z angielskiego będę ćwiczyć swoją podzielność uwagi przed telewizorem. ;)

Oczywiście zapraszam na nowy post na wakacyjnej! :)

niedziela, 13 października 2013

Rozdział dwunasty

Ostatni dzień w szkole przed przerwą świąteczną upłynął nam na klasowej wigilii. Złączyliśmy ławki na kształt podkowy i porozkładaliśmy prowizoryczne potrawy typu paluszki czy ciastka z czekoladą. Z zewnątrz przez okna do sali wdzierała się przeraźliwa jasność, którą emanowała świeżo spadła warstwa śniegu. Przy kolędach cicho odtwarzanych z klasowego komputera rozmawialiśmy,a gdy wszyscy już dotarli, zaczęliśmy dzielić się opłatkiem.

Znajomi życzyli mi zdrowia, szczęścia, lepszych ocen i obowiązkowo dobrze zdanej matury. Nie wiedziałam jednak, że najtrudniejsze będzie spotkanie twarzą w twarz z Tomkiem. Aż wstyd przyznać, ale chyba celowo się unikaliśmy. Kiedy część zasiadała już do stołów, na środku klasy została już zaledwie garstka i chcąc nie chcąc, musiało do tego dojść. Postanowiłam szybko odbębnić życzenia i siąść obok Majki, nie chcąc przedłużać niezręcznej chwili.

Przełknęłam nerwowo ślinę, kiedy Tomek stanął przede mną, wpatrując się w trzymany opłatek. Kącik ust drgał mi ze zdenerwowania, bo żadne z nas nie wiedziało jak zacząć. Nabierałam powietrza, kiedy on odezwał się:
-Zdrowia, szczęścia i przyjaciół, którym będziesz mogła zaufać.
Kiedy dotarł do mnie sens tego zdania, spojrzałam w jego jasne oczy i nim zdążyłam pomyśleć, wymamrotałam jakieś nieskładne życzenia i po ułamaniu opłatka siadłam przy stole. Majka musiała zauważyć moją niewyraźną minę, bo spytała:
-Wszystko w porządku?
Kiwnęłam głową i zaczęłam podgryzać stojące przede mną w plastikowym kubku paluszki. Robiłam to jednak machinalnie, bo czułam się okropnie. Brzuch aż bolał mnie z nerwów, bo to co usłyszałam od Tomka było wyraźnym zarzutem, aluzją, że jego nie potraktowałam jako przyjaciela i nie obdarzyłam zaufaniem. Może wchodziłam w zbyt głębokie interpretacje jego słów, ale od chwili, gdy nie chciałam się przed nim otworzyć, nasze relacje... praktycznie nie istniały. Widziałam jak żartuje z innymi dziewczynami, czasami stał i gadał z Majką, a gdy ja pojawiałam się na horyzoncie automatycznie się ulatniał. Czułam się podle, bo widziałam, że nie dzieje się tak przypadkiem. Mimo, że Majka mówiła mi o tym, iż odmówiła mu kilka razy wyjawieniem mojej tajemnicy, do niej nie miał pretensji.
Dobra, sama sobie jestem winna.

Gdy wybrzmiał ostatni dzwonek, ociągając się ruszyłam do szatni ulokowanej w podziemnej części budynku. Na korytarzu rozbrzmiewały głosy szczęśliwych uczniów, którzy wreszcie uwolnią się od masy zadań domowych i sprawdzianów, oraz widoku nielubianych nauczycieli. Prawie wszyscy nieśli różnokolorowe torebki z prezentami - u nas w klasie również kupowaliśmy sobie coś fajnego, wcześniej losując kto komu coś daje. Ku mojej małej radości w przydziale przypadła mi jedna z koleżanek, a ja sama usłyszałam, że prezent kupuje mi również jedna z dziewczyn. Niby fakt kto kogo wylosował miał być utrzymywany w tajemnicy, ale naprawdę nigdy tak nie było, więc każdy wiedział do kogo kierować ewentualne życzenia lub kogo nakierować na dobrą drogę, żeby później nie być rozczarowanym z powodu jakiegoś badziewia. Karolina, z którą raczej niewiele miałam wspólnego, kupiła mi parę drobiazgów i mini-poradnik o śmiesznym tytule : ,,Jak przetrwać maturę''. Ja sama ufundowałam koleżance książkę jej ulubionego autora i czekoladę z orzechami, co trochę uszczupliło moje i tak małe fundusze. Nie miałam zamiaru jednak na niej oszczędzać i zrobić tym sposobem przykrość, a poza tym mieć wyrzuty sumienia z powodu swojego skąpstwa. Po prostu każde zarobione pieniądze były dla mnie tak ważne, bo tak trudno było mi je zdobyć, jakoś godząc szkołę z pracą, że kilka razy zastanawiałam się, zanim skłoniłam się do sięgnięcia po portfel.

Zapięłam ciepłą kurtkę, zarzucając sobie czarną szkolną torbę na ramię i zaczęłam zawijać wokół szyi biały szalik w czarne renifery. Wychodząc slalomem między ubierającymi się przed szatniami ludźmi, które przypominały raczej klatki niż pomieszczenia, wciągnęłam na dłonie rękawiczki z tym samym wzorem co szalik, a na uszy założyłam białe nauszniki. Pchnęłam drzwi i momentalnie poczułam uderzenie chłodnego powietrza, było troszkę na minusie. Ślizgając się na świeżym, nieposypanym śniegu ruszyłam w stronę przystanku, gdy kawałek dalej wśród innych uczniów wracających nieśpiesznie do domu zobaczyłam znajomą kurtkę. Przez chwilę w piersiach zabrakło mi tchu, jakby ktoś porządnie uderzył mnie w plecy.
,,Weź się w garść Lena''.
Gdy odzyskałam już zdolność oddychania, ruszyłam szybciej między grupami uczniów, a gdy przeszłam do truchtu, zaczęłam się modlić, żebym nie skręciła sobie zaraz kostki. Nie spuszczałam jednak wzroku z postaci, a z każdą minutą odległość między nami zmniejszała się.

Minęłam przystanek, na który zaraz miał przyjechać mój autobus. Na kolejny musiałabym czekać jakieś 15 minut, ale nie bardzo mnie to interesowało. Po prostu czułam, że nie mogę nadal tkwić w tej dziwnej sytuacji, nie zniosę tego. Kiedyś musiałabym stawić czoła swojemu problemowi, a w mojej głowie nagle pojawił się impuls, który mnie do tego zmotywował.

Postać była już jakieś pięć metrów ode mnie, przechodziła przez skrzyżowanie. Widząc, że zielone światło zaraz zamieni się w czerwień, co sprawi, że już go nie dogonię, przyspieszyłam. Torba obijała mi się o biodro, kiedy biegłam już jak najszybciej mogłam, a trzymana w lewej ręce torebka z prezentem, który dostałam do Karoliny z ledwością wciąż stanowiła całość. Nie byłam pewna, czy energicznie nią machając nie pogubiłam kilku rzeczy, miałam nadzieję, że tak nie było, bo już bym ich nie zobaczyła. Ludzik na sygnalizatorze zaczął migać, a w chwili, kiedy pojawił się na nim po raz ostatni, byłam już na pasach. Przebiegłam przez nie na świeżo zapalonym czerwonym, będąc już jakieś dwa metry od osoby, za którą biegłam.

Nie wiem jak sobie wyobrażałam moment, kiedy zauważy, że jestem obok, ale na pewno nie, że odbędzie się to tak, jak się odbyło. Kiedy zwalniałam pośliznęłam się kolejny raz na lodzie ukrytym pod warstwą śniegu, ale nie złapałam równowagi. Zamachałam energicznie rękoma i krzyknęłam coś, nawet nie wiem co, a potem przygrzmociłam tyłkiem o twarde podłoże. Bolało.
Siedząc na śniegu miałam nadzieję, że osobnik w znajomej kurtce nie obróci się, bo gdyby zrobił to i tylko spojrzał, nie pomagając, oprócz czterech liter bolałoby mnie i serce. Niestety mój okrzyk musiał być... dość głośny. Ewentualnie sam upadek. Nim się obejrzałam, zobaczyłam przód znajomej kurtki i twarz jej właściciela.
Tomek spojrzał na mnie zdziwiony.
-Co ty tu robisz?
-Siedzę. - odpowiedziałam mało inteligentnie.
-Nie sądzisz, że środek chodnika to raczej nie odpowiednie miejsce na odpoczynek? - zapytał, z rękoma w kieszeniach.
-Następnym razem pomyślę o Twojej sugestii.- mruknęłam, po czym kucnęłam i zaczęłam zbierać rozsypane cukierki, które wypadły mi z torebki z prezentem. Czułam, że policzki mi płoną, a on, zamiast oddalić się, nadal przy mnie stał i nic nie robił. Kiedy jakiś koleś nadepnął na leżący na śniegu batonik, warknęłam:
-Dzięki wielkie.
Wściekła podniosłam się lekko, czując jak boli mnie tylna część ciała i kolano, którym uderzyłam w krawężnik. Poprawiłam kurtkę, która trochę mi się przekrzywiła i spojrzałam na Tomka. Nadal stał milczący i tylko na mnie patrzył. Kiedy zirytowana nadal dokuczającym mi bólem, miałam się odezwać, wyciągnął ręce z kieszeni i skierował je ku mojej głowie, a ja zaskoczona poczułam chwilę później, że poprawił mi nauszniki.
-Boli cię coś?
-Urażona duma. - odpowiedziałam, bo mój upadek widziało wielu.
-A coś oprócz niej? - drążył. - Nieźle huknęłaś.
-Czuję to właśnie. - skrzywiłam się, prostując i zginając bolące kolano.
-Czekaj, może coś sobie złamałaś. - powiedział, pokazując mi, żebym przestała.
-Sądzę, że ten szaleńczy bieg zakończy się lekkim zabarwieniem skóry na fioletowo, niczym więcej. - odpowiedziałam mu, patrząc na niego chwilę,a potem wbijając wzrok we własne stopy.
Milczeliśmy, a ja doszłam do wniosku, że jak tak dalej pójdzie, zanim wrócę powolutku obolała na przystanek ucieknie mi i trzeci autobus. Zebrałam się w sobie, bojąc się, że stojący przede mną chłopak zaraz odejdzie, a ja już go nie dogonię.
-Słuchaj... przepraszam. Przepraszam cię za wszystko. Za to, że cię zraniłam, bo nie chciałam z tobą szczerze pogadać, ale... To nie jest łatwe. Nie chciałam, żebyś się obrażał, bo bardzo cię lubię i nic się w tej sferze nie zmieniło.
Kiedy zrobił krok do tyłu, złapałam go za ramię.
-Nie po to leciałam tu jak głupia i się poobijałam, żeby teraz z Tobą nie porozmawiać.
Poczułam, jak rozluźnia mięśnie.
-Ok, możesz puścić.- powiedział, a ja schowałam rękę w kieszeni.
-Zależy mi na Tobie i Twojej przyjaźni. Za bardzo, żeby dzielić się z Tobą moimi problemami, bo naprawdę nie muszę cię nimi obarczać. Kiedy powiedziałam o wszystkim Majce, miałam wyrzuty sumienia, bo tylko narobiłam jej kłopotów. - powiedziałam.- Może moje argumenty są głupie, ale proszę, nie zachowuj się tak. Nie udawaj, że nic między nami nie ma.
-A jest coś?- zapytał, przyglądając mi się przenikliwie. Zebrałam całą siłę, jaką miałam, aby nie spuszczać z niego wzroku.
-Wydawało mi się...- umilkłam, a po chwili dodałam. - Chciałabym, żeby było.
Kiedy nic się nie odezwał, w oczach zakręciły mi się łzy.
-Proszę, nie rób tego znowu. Kiedyś pewnie będę w stanie ci o tym opowiedzieć, ale po prostu nie jestem jeszcze gotowa. Wszystko wali mi się na głowę. W szkole idzie mi kiepsko, bo w weekendy pracuję, żeby pomóc bratu w opłaceniu czynszu. Jestem zmęczona i zła, nic mi nie wychodzi. Idą święta, a ja spędzę je pewnie jak inny, normalny, beznadziejny dzień. Jakby to nie było nic szczególnego. Nie chcę wzbudzić w Tobie litości czy wyrzutów sumienia. Po prostu... nigdy nie chciałam, żeby nasze relacje wyglądały tak.- machnęłam ręką, wciąż z trudem powstrzymując łzy. - Żebyś mnie unikał, w ogóle się nie odzywał... Tak jakby w ogóle mnie nie było.
-Więc czego ode mnie teraz chcesz? - zapytał, nadal głosem wypranym z emocji. Przełknęłam ślinę i odpowiedziałam:
-Wyjdę na idiotkę, ale... czy mógłbyś mnie przytulić?
Nim się zorientowałam, jego ramiona objęły mnie. Czułam jego spokojny, ciepły oddech nad prawym uchem.
-Lenka, trzymaj się z dala od Adriana. - usłyszałam. Zdziwiona odsunęłam się od niego.
-O co ci chodzi? Skąd wiesz...
-Mój brat gra z nim w kosza. Zwyczajnie uważaj na tego kolesia. Może wydawać się słodki, ale to tylko pozory.
Zmarszczyłam brwi.
-Pomógł nam, gdy nie mieliśmy gdzie się podziać.- wzięłam Adriana w obronę.
-Nie mówię, że nie ma pozytywnych cech, ale lepiej się do niego nie przywiązuj. Zapytaj brata, on powie ci to samo.
Przeniosłam ciężar ciała na prawą nogę, gdy poczułam w niej lekki ból. Musiało być to widoczne na mojej twarzy, bo Tomek porzucił temat. Poczułam, jak kładzie ręce na moich ramionach.
-Wszystko w porządku?
-Troszkę mnie boli, tyle.
-Jeżeli spuchnie, musisz pójść z tym do lekarza.
Musiałam wyglądać jak kupka nieszczęścia, bo zabrał mi z ręki prezent i powiedział:
-Odprowadzę cię na przystanek. Albo do domu nawet, jeśli chcesz.
Spojrzał na mnie czekając na słowa odmowy.
-Ok. Może... wpadniesz na herbatę?
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
*
Ok,wiem, że jestem autorką tego opowiadania, to ja wymyśliłam ten rozdział i w ogóle... Ale nie mogę teraz pozostać obiektywna i o to, jaka jest moja reakcja na ten rozdział <klik>.
To by było tyle subiektywnych odczuć z mojej strony. ;)

W Oleśnicy było super, nawet lepiej niż super. Wszędzie blisko, siatkarze na wyciągnięcie ręki... I fajne zdjęcia, zostało mi jeszcze trochę do obróbki. Jeżeli ktoś nie czyta wakacyjnej, to wrzucę wam tutaj próbkę tego, co widziałam na żywo.
Wronka raz, Wronka dwa, Wojtek, trenujące Skrzaty: odsłona pierwsza i druga. Więcej na moim tumblrze lub w odautorskim na wakacyjnej, bo tam chyba coś jeszcze zalinkowałam. Tak w ogóle zapraszam na post X. ;)

Ewentualnie jak chcecie zobaczyć Skrzatów czekających na swój mecz na trybunach, to zapraszam tutaj. Jak klikniecie na te zdjęcia, to niektóre będą bardziej wyraźne, inne mniej, ale i tak mi się podobają. :)

A wczoraj oficjalnie zaczęła się dla mnie Plus Liga. Trochę ubolewałam nad faktem, że nie będzie transmisji w tv, ale tyle meczów było, że jakoś mnie to nie dziwi.

Trzydniowy weekend to najlepszy weekend. ♥