niedziela, 29 września 2013

Rozdział dziesiąty

Spojrzałam w oczy Majki, które spoglądały na mnie ciepło i z ust zaczęły płynąć słowa, historia, której nigdy na głos nie wypowiedziałam. Nigdy nikomu aż tak nie zaufałam, żeby móc mu przekazać wszystko, co czułam, kiedy po raz kolejny byliśmy odrzucani. Nikt nie wiedział, jak wielkie pokłady smutku i wściekłości chowałam gdzieś tam na dnie, na zewnątrz nosząc maskę spokoju.

-Wiesz, chciałabym powiedzieć, że uciekliśmy, bo... rodzice nie dawali nam kieszonkowego, czy coś w tym rodzaju. Niestety tak łatwo nie jest... - westchnęłam, by po chwili ciągnąć dalej. Bariera, która nie pozwalała mi o tym mówić, zaczęła się walić, kiedy Majka po prostu siedziała naprzeciwko i chłonęła każde słowo jak gąbka.

-Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Najpierw ojciec przychodził coraz później z pracy, ale myślałam, że ma po prostu dużo roboty. Prowadził firmę ze swoim przyjacielem, więc... wydawało się, że wszystko jest ok. Potem nagle rodzice zaczęli się kłócić, ale każdy związek przechodzi pewnego rodzaju kryzys, nie? Życie jakoś się toczyło swoim rytmem, przeważnie każde z nas zamykało się w swoim pokoju i w sobie. Kiedy nagle wszyscy zaczęli gadać na nasz temat niestworzone rzeczy, próbując bronić rodziny, kłóciłam się z nimi, a potem czułam, że nie mogę znaleźć odpowiedniego argumentu, bo tak naprawdę ich nie znam. Doszłam do wniosku, że nic nie wiem o członkach swojej rodziny, bo żyliśmy w swoich klatkach, odizolowani i egoistycznie skupieni na sobie. 

Wspomnienia były tak bolesne, że musiałam przerwać. Nie chciałam mówić dalej, ale poczułam, że jeśli to dokończę, to poczuję się lepiej. 

-I nagle pojawiła się ta głupia plotka na temat mojego ojca. Nie wierzyłam w wymysły dzieciaków, bo jak to, mój ojciec chodzący do pracy w garniturze i starannie zawiązanym krawacie może być kompletnie bezmyślnym człowiekiem? 

Zaczęłam szybko mrugać oczami, próbując przegonić łzy, które się w nich pojawiły.
-Wiem, że pewnie trudno będzie ci w to uwierzyć, ale... Rozumiesz, że mój ojciec bawił się w wielkiego ,,szefa mafii'' i handlował narkotykami? Znaczy nic nie wiem o jakiejś mafii, ale nie siedział w tym sam. Zawsze kiedy myślisz o dilerach masz na myśli jakichś dzieciaków, którzy próbują sobie dorobić, nie mężczyzn, którzy mają rodzinę na głowie, poważny interes jakim jest firma, niczego im nie brakuje i powinni być odpowiedzialni. Nie wiedziałam w co się bawi, dopóki do naszych drzwi nie zapukała policja. Zwinęła go, potem miał sprawę i siedział jakichś czas.
Pociągnęłam łyk z kubka. Cappuccino zdążyło już wystygnąć, ale teraz naprawdę niewiele mnie to obchodziło. Spojrzałam na twarz Majki, która wyrażała niedowierzanie. Cieszyłam się, że do tej pory nie wybuchła śmiechem, bo samo wyobrażenie mojego ojca z aktówką pod pachą popalającego skręty za rogiem ulicy było... czymś niezwykłym.

-Nie wiem z kim on się w to bawił, wiem tylko, że nieraz go ktoś z tego bagna wyciągał i nie była to moja matka. Nagle okazywało się, że to jakieś pomówienia, że jest niewinny, ale sąsiedzi wiedzieli swoje. Wiedziałam i ja. Nie dawali nam żyć, więc próbowaliśmy w innym miejscu, gdzie ojciec znowu mieszał, znikał, uciekając przed policją i pojawiał się w najmniej oczekiwanym momencie. Miałam dość, Michał też. Kiedy znów udawaliśmy przykładną rodzinkę przed nowymi znajomymi, czułam, że się duszę i marzyłam o nowym początku. Z rozmów z nim wnioskowałam, że on też. Tak naprawdę dziwiłam się, czemu skoro jest od dawna pełnoletni, nadal z nami mieszka i odgrywa tę całą szopkę. 

I wtedy ojciec znów zniknął. Mama stwierdziła, że się przeprowadzamy. Nie wiem, czy uzgodniła to z nim, pewnie tak, nie chciała rozmawiać na jego temat, a ja nie pytałam. Ten człowiek przestał mnie interesować. Nie obchodziło mnie, gdzie jest, co robi, nawet... czy żyje. Kiedyś, kiedy byłam młodsza marzyłam, żeby wyszedł i nie wrócił. Wiem, że to okropne, ale naprawdę miałam go dość. W stosunku do niego czułam czystą nienawiść. Zamieszkaliśmy we Wrocławiu i miałam nadzieję, że teraz będzie inaczej.  - uśmiechnęłam się do niej krzywo.

-Ale wtedy wróciłam do domu i w przedpokoju zobaczyłam walizki, które należały do niego. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Miałam nadzieję, że ktoś zaraz wyskoczy zza rogu i krzyknie ,, dałaś się wkręcić''. Ale nie, to nie sen, tylko koszmar, który dzieje się naprawdę. Wrócił i nagle znów chce udawać, że wszystko w porządku. Dlatego zwialiśmy z Michałem, bo... nie chcemy tak żyć. Nigdy więcej zmieniania otoczenia, wytykania palcami. Mam osiemnaście lat i mogę decydować o swoim losie, nie chcę, żeby moje życie wyglądało tak, jak wyglądało do tej pory. Nigdy więcej przeprowadzek, zmiany przyjaciół i tęsknoty za tymi, do których się przyzwyczaiłam.
Myśleliśmy, że ojciec zacznie nas szukać, że doniesie na policję o uprowadzenie mnie. Już nie raz posuwał się do strasznie głupich rzeczy, tylko żeby trzymać nas w ryzach. Ale jestem pełnoletnia, więc to ja podejmuję wszystkie decyzje i mam do tego prawo, on nie ma tu nic do gadania.

Westchnęłam, kończąc swoją spowiedź. Majka przez cały czas, kiedy mówiłam, słuchała mnie z uwagą, podpierając głowę ręką i marszcząc brwi.
-Ok, ale co na to Twoja mama?- zapytała cicho.
-Pewnie chciałaby, żebyśmy wrócili, ale tak się nie stanie. Powiedziałam jej- albo my, albo on. Nie potrafiła się go pozbyć, może nie chciała. Już dawno przestałam ją rozumieć w tej kwestii.-przygryzłam wargę.- Brakuje mi jej, ale nie wrócę tam, dopóki on tam będzie. Nie ma mowy. Już siedząc w tym samym pomieszczeniu duszę się, w tamtym domu czułabym się jak w klatce.
-Będziecie teraz mieszkać tutaj?
-Jeszcze kilka dni, może coś znajdziemy. Znaczy musimy znaleźć, bo potem wraca współlokator Adriana i chyba musielibyśmy spać na podłodze.
-Pogadam z mamą, może będziecie mogli... -zaczęła, ale jej przerwałam.
-Dzięki Majka, ale nie wydaje mi się, żeby w porządku było zwalać ci się na głowę. Nie obraź się, ale i tak musimy coś znaleźć. Jakiś pokój albo dwa, żeby tylko mieć gdzie się podziać, potem zobaczymy. Ale dzięki. - uśmiechnęłam się.
Kiedy godzinę później żegnałam ją w drzwiach, a potem patrzyłam przez okno, jak idzie chodnikiem koło bloku, czułam ciepło na sercu. Majka naprawdę była świetną osobą, której mogłam powiedzieć wszystko. Nie kpiła z mojej sytuacji i poniekąd jej absurdalności, po prostu wysłuchała, próbowała pomóc i jeszcze ochrzaniła za to, że nie powiedziałam jej nic wcześniej. Wyrwałam się z zamyślenia, kiedy usłyszałam jakiś szelest. Odwróciłam się szybko, żeby w drzwiach pokoju zobaczyć Adriana. Stał, opierając się  framugę i lekko się uśmiechając.
-I jak osąd? - zapytałam, nawiązując do naszej rozmowy.
-Nie wiem o czym mówisz. - powiedział z miną niewiniątka. Potrząsnęłam głową z uśmiechem. Kiedy go minęłam, idąc do kuchni, dodał:
-Ok, ładna była.
Zaśmiałam się w odpowiedzi. Czułam się tak lekko, jakby ktoś zdjął z moich pleców przygniatający mnie od dawna kamień i nie mogłam opanować radości. 
*
Nadeszła niedziela i dzień publikacji. Dowiedziałyście się już o mrocznej tajemnicy i mam nadzieję, że nie spadłyście z krzesła ze śmiechem na wieść występków głowy rodziny Zawadzkich. Nie wiem skąd w mojej głowie biorą się takie pomysły. :D

Zapewne kiedy to czytacie, siedzę w czterech ścianach i uczę się na sprawdzian z romantyzmu. W czwartek dostaliśmy listę 64 notatek, które nas obowiązują, a sprawdzian jest w środę... W tej chwili muszę uczyć się 10 dziennie, żeby jako tako się przygotować. 
Okropne.
Coś czuję, że cienko mi pójdzie. ;)

Mam nadzieję, że wy macie lepsze perspektywy na nadchodzący tydzień. 

Przypominam, że na wakacyjna-historia pojawił się pierwszy post po reaktywacji. Razem z Kamillą zapraszamy serdecznie. :)
Powiedziałabym coś jeszcze o ME, ale wydaje mi się, że wystarczy to, co umieściłam na wakacyjnej, nie chcę się powtarzać.

Mogę tylko powiedzieć, że nie mogę doczekać się następnej niedzieli. Oleśnico, Turnieju Charytatywny, przybywam ♥ Dopingować Skrzatów i Transfer Bydgoszcz. :) 
I polować na siatkarzy. ;)

A w piątek zaliczam pierwszą osiemnastkę. ;) 


niedziela, 22 września 2013

Rozdział dziewiąty


Źle czułam się z faktem, że specjalnie wyciszyłam telefon, żeby nie słyszeć serii smsów, które wysyłała do mnie Majka.Wiem, nie powinnam była uciekać, ale naprawdę nie wiedziałam, jak wyjść z tej całej sytuacji. Głos w głowie podpowiadał mi, co powinnam zrobić, ale jakoś wcale się ku temu nie garnęłam.

Weszłam do mieszkania Adriana, a potem powiesiłam kurtkę na wieszaku. Buty rzuciłam w kąt przedpokoju, a potem ruszyłam do mojego tymczasowego pokoju, w którym mój plecak wylądował na kanapie, informując o tym mieszkańcom całego bloku niemiłosiernym trzeszczeniem mebla. Ta kanapa chyba przeczyła prawom fizyki, aż nieprawdopodobne wydawało się to, że nadal się trzyma i nie dotarła pod śmietnik, gdzie jej miejsce. Kiedy miałam legnąć tuż obok niedbale rzuconego plecaka, usłyszałam czyjeś kroki. Zdezorientowana wsadziłam głowę w przerwę między drzwiami a framugą, aby zajrzeć do kuchni. Koło gazówki ujrzałam ciemnowłosego właściciela mieszkania i trochę podupadłam na duchu, bo miałam nadzieję spotkać w niej Michała. To jego potrzebowałam w chwili, kiedy nie wiedziałam, jak wyjść z tej sytuacji i to w jego rękaw chciałam się wypłakać, choć wiedziałam, że kiedy mamy problemy ze znalezieniem mieszkania, nie powinnam dokładać mu kolejnych zmartwień. Próbowałam szybko wycofać się z pomieszczenia i zniknąć w pokoju, kiedy do moich uszu dotarł głos:
-Nie chowaj się. Chcesz spaghetti? - zapytał, obracając się w moją stronę.
-Nie. Dzięki, ale niedawno jadłam, nie jestem głodna. - odpowiedziałam, próbując się wymigać. Nie wiedziałam czemu, ale ciężko było mi przebywać w jego otoczeniu. Nie wiem, czy uczucie, które we mnie wywoływał można nazwać onieśmieleniem. Po prostu kiedy dosięgało mnie spojrzenie jego szarych oczu, robiło mi się dziwnie na sercu.
-Czekaj.
Odwróciłam się do niego twarzą, nadal stojąc w progu kuchni.
-Nie chcesz pogadać?
Milczałam.
-Nie wiem jak to jest w Twoim liceum, ale u mnie nie wracało się do domu tak szybko, chyba że zwiało się z lekcji. - drążył temat, mieszając sos na patelni.
-Nie uciekłam, po prostu źle się poczułam.
-Hm, a zaraz nastąpi cudowne ozdrowienie? - popatrzył na mnie, zwracając się w moją stronę. Jeden kącik ust uniósł w krzywym uśmiechu, unosząc do tego jedną z brwi.
-Nie Twoja sprawa. - mruknęłam, czując się gorzej niż w obecności nadgorliwego brata. Już sam Michał potrafił być czasami upierdliwy, a jego przyjaciel chyba próbował przejąć jego rolę podczas jego nieobecności.
-Pewnie, że nie moja. Po prostu chcę ci pomóc. - odpowiedział, wzruszając ramionami i ponownie odwracając się do mnie plecami. Zanim zdecydowałam się, czy odejść czy wejść do kuchni, na stole pojawiły się dwa talerze po brzegi wypełnione pachnącą smakowicie potrawą. Adrian siadł na krześle i zajął się jedzeniem pierwszej, nie mówiąc do mnie ani słowa. Wiedziałam jednak, że Michał wróci do domu dopiero popołudniu, więc druga porcja czekała na mnie. Ociągając się, podeszłam do stołu i usiadłam na odsuniętym wcześniej krześle, aby zacząć bez przekonania rozgrzebywać swoją porcję makaronu. W ciszy panującej w kuchni słychać było tylko stukanie widelców o talerze.
-Chcesz iść ze mną na trening? - usłyszałam, kiedy wpatrywałam się w resztki swojej porcji. Uniosłam głowę, próbując zrozumieć, czy nie żartuje. Jego szare tęczówki uparcie się we mnie wpatrywały.
-A po co? - zapytałam. Kiedy uśmiechnął się lekko, zrozumiałam jak głupio zabrzmiało moje pytanie. - Chodziło mi o to, dlaczego chcesz mnie ze sobą zabrać.
-Jeśli wolisz siedzieć w domu...- wzruszył ramionami. - Próbowałem być miły.
Podniósł się z krzesła odkładając talerz do zlewu. Kiedy wyszedł z kuchni, zawołałam za nim:
-W co ty w ogóle grasz?
-W kosza. - dobiegł do mnie jego głos z przedpokoju.
Spojrzałam w porcję spaghetti, szukając w niej odpowiedzi. Kiedy usłyszałam, jak ubiera kurtkę, zerwałam się z krzesła.
-Czekaj, idę z Tobą.
*
Jakieś półgodziny później siedziałam na trybunach hali, w której trenował. W tej dzielnicy Wrocławia byłam po raz pierwszy i nawet nie wiedziałam, że są tu ludzie, którzy w wolnej chwili woleli się poruszać i dać sobie niezły wycisk fizyczny, a nie siedzieć w domu z nosem w ekranie komputera. Najbardziej dziwił mnie fakt, że z tego co wywnioskowałam ze słów Adriana, on i jego koledzy przychodzili tutaj grać tak dla zabawy, nawet nie tworząc jakiegoś klubu sportowego.

Czułam się nieco dziwnie, będąc obserwowana przez kilku już rozgrzewających się na boisku facetów. Sądząc po ich spojrzeniach, posyłanych w moim kierunku, osoby na widowni były tutaj rzadkością. Obserwowałam jak podają sobie piłkę i przypomniałam sobie moje nieudolne próby grania w kosza, uśmiechając się na tę myśl. Kątem oka zobaczyłam, że na boisku pojawił się również Adrian, ubrany w czarny T-shirt i luźne szare spodenki. Przywitał się z kolegami, przybijając im piątki, a potem zaczął przepychać się dla zabawy z dwoma z nich, którzy cały czas się na mnie gapili. Potrząsnął głową z poważnym wyrazem twarzy, a potem rozpoczęli grę. Jakieś kilka minut później nadal czułam, jak palą mnie policzki - nie musiałam słyszeć ich rozmowy, aby domyśleć się, że pewnie jego koledzy podejrzewali mnie o bycie jego dziewczyną.

Spoglądałam jak łatwo Adrianowi przychodzi odebrać piłkę zawodnikom innej drużyny i jak za praktycznie każdym razem trafiał do kosza. Choć niewiele wiedziałam na temat tej dyscypliny sportu, to rzut za trzy punkty uświadomił mi, że na pewno gra w kosza już od dawna, inaczej nie byłby zdolny robić takich rzeczy. Przyglądałam mu się, z jaką łatwością omija przeciwników, jak przejmuje piłkę i podaje ją chłopakom ze swojej drużyny.

Kiedy zrobili sobie przerwę, podszedł do mnie. Jego włosy kleiły mu się do spoconego czoła, wyglądał na strasznie zmęczonego, ale zadowolonego.
-Chłopacy proponują, żebyś z nami zagrała.
Omiotłam spojrzeniem mierzących jakieś 1,8 kolesi.
-Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Zrobię z siebie głupka, nie gram w kosza.
-Byłabyś ze mną w drużynie, dałabyś radę.
-Zmiażdżycie mnie, nie ma mowy. - zaprotestowałam, uśmiechając się do wspomnień z gimnazjum, kiedy prawie na każdej lekcji graliśmy w kosza, a ja nie raz zostałam poturbowana. Nienawidziłam momentu, kiedy miałam piłkę w rękach, a horda wściekłych, rządnych piłki i mojej krwi dziewczyn rzucała się w moim kierunku. Przypominając to sobie, jeszcze gwałtowniej pokręciłam głową.- Uwierz mi, wiem co mówię.
Przypatrywał mi się jeszcze chwilę, ale nie nalegał.
-Za pół godziny kończymy. - powiedział tylko i wrócił do kolegów.
Czekając na koniec gry, spojrzałam na telefon. Majka mocno się o mnie martwiła, najwidoczniej wydając całą kasę, którą miała na koncie, na próby kontaktu ze mną. Z wyrzutami sumienia zaczęłam otwierać smsy, które mi wysłała. Jeden z nich spowodował we mnie wybuch śmiechu:
,,Przyszłabym natłuc ci do tej pustej głowy, ale niestety NIE WIEM gdzie teraz mieszkasz.''
Czytając kolejne, poczułam, że Majce naprawdę na mnie zależy. Do tej pory bałam się nazwać ją moją przyjaciółką, bo nie byłam pewna, jak postąpi, kiedy dowie się o moich problemach. Fakt, że martwiła się, co się ze mną dzieje i gdzie jestem podniósł mnie na duchu.

Nim się obejrzałam, Adrian był już przebrany i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
-Myślisz, że mogłabym zaprosić koleżankę? Zeszyty muszę przepisać. - zapytałam, podejmując decyzję.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Pewnie, że możesz. A ładna ta Twoja koleżanka?
Zaśmiałam się, nie wierząc, że zadał takie pytanie.
-Faceci. - mruknęłam pod nosem, na co on prychnął.
-Uwierz mi, z doświadczenia wiem, że wy też wcale nie jesteście lepsze.
-Ona ma osiemnaście lat.
-Co z tego. Wiek to nie przeszkoda, ja mam przecież tylko cztery więcej. - powiedział, spoglądając na mnie.
-Chodzi mi o to, że faceci w Twoim wieku myślą o czym innym, mając na myśli związek.
-Yhm... Co masz na myśli? - powiedział, patrząc się na mnie z głupawym uśmieszkiem.
-Dobrze wiesz o czym mówię. - warknęłam, czując jak palą mnie policzki.
Odpowiedział mi jego głośny śmiech.
-Muszę powiedzieć Michałowi, że jego siostrzyczka nie jest taka święta, ma kosmate myśli.
-Idź do diabła. - prychnęłam, ucinając temat. Całą powrotną drogę nic nie mówiliśmy, ale za każdym razem, gdy łapałam jego spojrzenie, jego usta rozciągały się w uśmiechu. Nie wiedziałam jak nazwać, to co czułam - z jednej strony lubiłam go, a z drugiej niemiłosiernie mnie wkurzał.

*
Majka zjawiła się w moim tymczasowym mieszkaniu w tempie ekspresowym. Kiedy tylko wysłałam jej adres, wpakowała się do pierwszego autobusu i jakieś pół godziny później stała w drzwiach wejściowych, zdyszana, z plecakiem na ramieniu. 
Obrzuciła spojrzeniem przedpokój i popatrzyła na mnie z wyrzutem.
-Lena, mogłaś mi przecież powiedzieć... 
Spuściłam wzrok na podłogę, czując dławienie w gardle. Chwilę później byłam już w objęciach Majki, która kołysała mną na boki.
-Możesz mi wszystko powiedzieć, naprawdę. Zaufaj mi. - powiedziała nad moim uchem. Nie wiedziałam jakich słów użyć, żeby opisać jej, co czuję. W głowie miałam okropny mętlik.
Od odpowiedzi uwolnił mnie Adrian, który natychmiastowo pojawił się w przedpokoju, burząc smutną atmosferę. 
-Cześć, jestem Adrian. -podał Majce ręce, obcinając ją spojrzeniem, na co uniosłam brwi w zdziwieniu. Dziewczyna potrząsnęła jego dłonią bez przekonania, koncentrując się na mnie. 
-To gdzie z tymi zeszytami? 
Popatrzyłam na Adriana.
-Dobra, zwalniam wam kuchnię. - odpowiedział i zniknął w swoim pokoju pod wpływem mojego spojrzenia.
Kiedy ulokowałyśmy się przy stole, zaopatrzone w parujące kubki pełne czekoladowego cappuccino, odcięte od świata zamkniętymi drzwiami.
-Kim jest ten koleś? - zapytała.
-Kolega Michała.- odpowiedziałam krótko. Czułam, że zaschło mi w gardle, dlatego łyknęłam trochę gorącego napoju.
Wcale nie pomogło.
-Lena, możesz mi wszystko powiedzieć. Wiem, że każdy ma swoje tajemnice, ale ucieczka z domu... jest czymś mega poważnym. Nie będę naciskać, bo widzę, że cię to boli, ale skoro on...- machnęła głową w stronę skąd dochodziły dźwięki muzyki, mając namyśli Adriana-...wie, to czemu nie możesz powiedzieć i mi?
Zastanawiałam się nad jej słowami, mieszając łyżką w kubku. Po chwili doszłam do wniosku, że wolę mieć to za sobą.
-Tylko nie mów Tomkowi, proszę. - powiedziałam, zaczynając swój monolog.
*

Ale fajnie pisało mi się ten rozdział. Ostatnio miałam tyle na głowie, że publikowanie stało się dla mnie jakby przymusem, a wiadomo, że takie podejście raczej blokuje myśli, przez co pisanie szło mi jak po grudzie. 
Teraz jest lepiej. ;)

Przyznam, że nie będę już was wodzić za nos, w następnym poście poznacie mroczną tajemnicę rodziny Zawadzkich. ;)

Weekend z meczami ME... ♥
I nauką na masę kartkówek i sprawdzianów, ale lepiej patrzeć na jego dobre strony. ;)
Poza tym siedzę w domku, łykam masę preparatów z witaminą C i mam nadzieję wyzdrowieć do poniedziałku, a przynajmniej odzyskać kontrolę nad własnym nosem i głosem, bo jak to moja mama stwierdziła ,, mam głos jak facet'' przez to przeziębienie. Nie chcielibyście rozmawiać ze mną z rana czy wieczorem :D

Zmieniłam ikonkę, szykują się też zmiany szablonu. Pora odświeżyć wygląd, ten już mi się znudził.

A jaką niespodziankę miałam na myśli?
Otóż odwieszam wakacyjną-historię. Pomóc w tym ma mi Kamilla, tym razem dalszą historię będziecie śledzić z dwóch perspektyw - Kai, którą będę prowadzić ja, oraz Poli, której punkt widzenia przedstawi wam Kamilla. Justyn nigdy nie za wiele, a że i ja jestem Justyna i moja ,,wspólniczka'' też, to mam nadzieję, że będzie zabawnie.
Ba, ja to wiem. ;) 
Także zapraszam was na post informacyjny, który powinien się już pojawić. :) Jeśli ktoś nie pamięta, o co chodziło w tym opowiadaniu, proponuję zapoznać się z zakładką ,,bohaterowie''. I poprzednimi rozdziałami, bo kolejne będą kontynuacją. Dla niewtajemniczonych - jest to opowiadanie związane z siatkówką. ;)

A kolejne fragmenty dot. Leny pojawiać się będą w niedziele o 11. Myślę, że tak będzie lepiej i dla Was i dla mnie, bo i tak ja nie mam czasu pisać, a wy czytać. ;)

Dodałam piosenkę tytułową. :) Głównie ze względu na jej tekst, bo po prostu jakoś tak kojarzy mi się z Leną. Bardzo.

Prawie bym zapomniała - jadę do Oleśnicy na Turniej Charytatywny 6 października, żeby zobaczyć Skrzatów. :> Przy okazji zobaczę też Transfer Bydgoszcz, co bardzo mnie cieszy. Jak uda się zająć dobre miejscówki i zdjęcia fajne porobię z koleżankami, to na pewno podeślę wam linki. ;)





niedziela, 15 września 2013

Rozdział ósmy

Zaciskając mocno powieki z trudem odwróciłam się na skrzypiącej niemiłosiernie kanapie, wbijając twarz w poduszkę. Do moich oczu docierała przedostająca się przez rolety światłość, a ja starałam się zasnąć na kolejne piętnaście minut, wiedząc, że nie ma to kompletnie sensu. Kiedy po upływie tego czasu w pokoju rozległ się dźwięk budzika, czułam się, jakby ktoś przeżuł mnie i wypluł. Byłam jeszcze bardziej niewyspana niż kilkanaście minut temu, a wszystkie mięśnie bolały mnie od niewygodnego łóżka. Wyłączyłam wciąż dopominający się mojej uwagi telefon, zerkając przelotnie na jego wyświetlacz, który poinformował mnie, że mama próbowała się z nami porozumieć. I choć miałam ochotę do niej zadzwonić,wypłakać się w jej ramię, to po prostu odłożyłam telefon, wysyłając jej wcześniej sms'a: 
,,Wszystko z nami w porządku''

Przedostałam się przez leżącego obok na poduszce Michała, którego twarz ukryta była pod burzą rozczochranych włosów. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przyszło mi spać w jednym łóżku z bratem, pewnie kiedy oboje mieliśmy kilka lat i wspólnie bawiliśmy się klockami Lego. Okoliczność jednak wymusiła na nas pewne zmiany, a że Adrian miał nam do zaoferowania tylko jedną kanapę... Nikt chyba nie kazałby rodzeństwu spać na podłodze.

Jeden dzień pobytu u Adriana, który nam pomógł w tych trudnych chwilach, przeciągnął się do tygodnia. Okazało się, że osoba, która pierwotnie mieszkała w tym pokoju gdzieś zabalowała i postanowiła przedłużyć sobie wakacje. Było nam to bardzo na rękę, bo nie musieliśmy szukać czegoś na gwałt i bać się, że przyjdzie nam spędzić noc w samochodzie na rozłożonych maksymalnie przednich siedzeniach.

Ubrana i głodna wybiegłam z bloku i skierowałam się na przystanek, po drodze zaopatrując się w dwie słodkie bułki. Żeby dojechać do mojego liceum musiałam jechać teraz dwoma autobusami i oczekiwanie na nie zajmowało mi więcej czasu niż przedtem, dlatego stojąc obok jakiejś dziewczyny ubranej na czarno, głośno słuchającej muzyki, zatopiłam zęby w bułkę, żeby zaspokoić choć trochę dręczący mnie głód i uspokoić żołądek. Ostatnio niewiele jadłam, bo zmartwienia dostatecznie działały na mój układ pokarmowy, który jakby przestał domagać się uwagi z mojej strony tak często, jak kiedyś. Brak kolacji dzień wcześniej, bo po prostu o niej zapomniałam odbił się na mnie z samego rana, kiedy po obudzeniu byłabym w stanie zjeść konia z kopytami. 

Zawinęłam niedokończoną bułkę w woreczek i wsiadłam do autobusu, zajmując miejsce siedzące. O tej porze nie było w nim tłoku, kiedy jednak wsiadłam do drugiego przyszło mi stać, z powodu dużej ilości śpieszących się do szkoły i pracy ludzi. 

Powoli ruszyłam w stronę budynku szkoły, czekając na konfrontację z Majką. Przez ostatnie kilka dni niezbyt często otwierałam usta zarówno w szkole jak i w domu, aby z kimś porozmawiać. Można powiedzieć, że zamknęłam się w sobie i nie widziałam żadnego sensu w rozmowie, bo nie byłabym w stanie prowadzić z kimś dialogu na normalny temat, kiedy w głowie tłukła mi się myśl o tym, że uciekliśmy z domu. Nikt chyba nie zauważył mojej zmiany, bo ludzie z klasy jakoś się mną nie interesowali, ewentualnie pytając o zadanie z matmy czy ocenę. Majka po chorobie miała jednak już dzisiaj zjawić się w szkole i czułam, że przyciśnie mnie do muru. 

Co prawda na angielskim Tomek wydawał się zdziwiony moim zachowaniem, kiedy mówiłam, że niestety nie mogę zaprosić go do domu, czy wyjść po południu jeżeli chodzi o nasz wspólny projekt. Wszystkie materiały wymienialiśmy między sobą poprzez internet i wydawało mi się, że z tego powodu jest troszkę zawiedziony. Nie miałam jednak ochoty po całym dniu udawania normalnej włóczyć się z nim po mieście, bo wiedziałam, że nie dam rady tak dobrze ukryć przed nim swoich problemów. Poza tym rytuałem przez ostatnie kilka dni stało się popołudniowe siedzenie przy kuchennym stole Adriana wraz z Michałem i szukanie w gazetach oraz internecie informacji i tanim wynajmie mieszkania, na naszą kieszeń. Z każdym ogłoszeniem czuliśmy się jednak bardziej dobici, bo z kwotą, którą dostawał Michał za swoją ,,dorywczą'' pracę jako rozwoziciel pizzy nie mogliśmy zaszaleć.

Pod klasą, w której mieliśmy mieć pierwszą lekcję, zobaczyłam Majkę. Uśmiechnęła się do mnie z końca korytarza, a ja starałam się również odpowiedzieć jej uśmiechem. Nie widziałam się z nią przez cały tydzień, bo z pomocą drukarki Adriana udało mi się uniknąć odwiedzania jej w domu i wysyłałam jej skany na skrzynkę pocztową. 
-Heeej. Jak ja tęskniłam za Twoją mordką!- zawołała, kiedy byłam już blisko. Chcąc, nie chcąc musiałam się uśmiechnąć na to określenie.
-Ja też. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Słuchając jej opowieści na temat jak to bardzo wynudziła się w domu i zawodów na temat, że nie odwiedziłam jej, żeby choćby przez chwilę się nie nudziła, poczułam, że brakowało mi jej przez ostatni tydzień. Była moim światełkiem w tunelu i podnosiła mnie na duchu, nawet nie do końca o tym wiedząc.
-A co tam u ciebie? - zapytała, jakby nagle przypominając sobie, że nie powinna sprowadzać rozmowy do swojego monologu.
-Nic, wielkie nic. - ucięłam temat. Spojrzała na mnie, marszcząc brwi.
-Jakaś blada jesteś. Nie łapie cię grypa? - zapytała, patrząc na mnie z zatroskaniem.
-Nie wyspałam się po prostu.- odpowiedziałam, wygryzając się w resztki słodkiej bułki, której nie zdążyłam dokończyć na przystanku.
Stałyśmy chwilę w ciszy, obserwując ludzi przechodzących korytarzem.
-Byłam po ciebie wczoraj. Mama pozwoliła mi wyjść z domu, ale ciebie nie było. - powiedziała, a ja na te słowa poczułam jak kęs bułki staje mi w poprzek gardła. - Twoja mama powiedziała, że cię nie ma i nie wie kiedy wrócisz. Wszystko z nią w porządku? Wydawała się strasznie smutna. Zawsze sobie ze mną żartowała, teraz wyglądała na przygnębioną.
Nie odezwałam się, co Majka wzięła za pewien znak.
-Przeskrobałaś coś?- zaśmiała się, patrząc na mnie. 
Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
-Można by tak powiedzieć...- westchnęłam. 
-Nie włożyłaś naczyń do zmywarki czy nie wyniosłaś śmieci? - drążyła nadal temat. Czułam, że żołądek momentalnie mi się skręca. 
-Nie, to nie to.
-Syf pewnie w pokoju zostawiłaś? Albo nie kupiłaś masła? - zaśmiała się. Popatrzyłam na nią i w tym momencie zadzwonił dzwonek, a na horyzoncie pojawiła się nasza nauczycielka. 
A co mi tam.
-Uciekłam z domu Majka. - powiedziałam, patrząc przed siebie. Blondyna zaśmiała się, sądząc, że żartuję. Kiedy jednak nie powiedziałam nic więcej, wchodząc do klasy, chyba mi uwierzyła. Ponieważ fizyka była jednym z niewielu przedmiotów, na którym razem nie siedziałyśmy, miałam chwilę na przemyślenie dalszej strategii. Co prawda Majka siedząca kilka ławek dalej co jakiś czas odwracała się, patrząc na mnie badawczym spojrzeniem, ale nie mogła ze mną porozmawiać, więc mogłam zastanowić się, co jej powiedzieć. Czy mogę powiedzieć jej wszystko, tak jak Michał Adrianowi, bo jeśli powiedziałam o ucieczce, to muszę podać jej powód. Zmyślać, czy mówić prawdę? Prawda czy kłamstwo? Te dwa słowa cały czas obijały się w mojej głowie, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Bałam się, że kiedy powiem jej, to zaraz wszystko się wyda. 
Siedzący przede mną Tomek odwrócił się, patrząc na mnie w dziwny sposób. Wyciągnął do mnie rękę, podając małą karteczkę wyrwaną z zeszytu w kratkę. 
-To chyba do ciebie. - powiedział, patrząc na rozwinięty skrawek. Wzięłam go do ręki i poznałam pismo Majki:
,,Na serio uciekłaś z domu?''
Oczy siedzącego przede mną kolegi, nie spuszczały z mojej twarzy oczu, wykorzystując nieuwagę nauczycielki, która rozdawała kartkówki. Spoglądając w jego tęczówki doszłam do jednego wniosku.
-Przeczytałeś to? - szepnęłam, czując, że w gardle z nerwów mam sucho jak na pustyni. Kiedy potwierdził skinieniem głowy, podniosłam rękę, a gdy chwilę potem nauczycielka wypuściła mnie z klasy pobiegłam szkolnym korytarzem do szkolnej pielęgniarki.

A potem ze zwolnieniem od niej, udając, że źle się czuję, wróciłam po rzeczy i ruszyłam w drogę powrotną do domu. Czyli mieszkania Adriana, bo to ono chwilowo stało się moim domem. Uciekając od niewygodnych wyjaśnień, choć wiedziałam, że będę musiała im wszystko wytłumaczyć. 
Patrząc na swoje odbicie w szybie autobusu wiedziałam, że nawet nie musiałam udawać choroby - moja twarz była blada jak kartka, a cała trzęsłam się z nerwów, jak w gorączce.
*
Jak to już kilka osób zdążyło zauważyć, post pojawił się tutaj niespodziewanie. Tak to jest, jak się robi kilka rzeczy na raz i zapomni zmienić dzień w automatycznej publikacji... Wydaje mi się, że ci, którzy czytają mnie od dawna, wiedzą, że na każdym blogu zdarzyło mi się to przynajmniej raz. Powoli staje się tradycją. ;)
Roztrzepana jestem. ;)

Miałam napisać piękny komentarz po przybyciu ze szkoły w poniedziałek, a los spłatał mi figla. Siedzę tutaj teraz i czuję, że zaraz wybuchnę, bo ta niedziela upłynęła mi na jeździe od rodziny do rodziny. Wypiłam dzisiaj niezliczone ilości herbaty, chyba będzie mi się śnić po nocach. ;)

Dzięki wielkie Kamilla za poinformowanie mnie smsem o tym wybryku blogspotu, bo inaczej skapnęłabym się o tym fakcie dopiero jutro po szkole, kiedy zasiadłabym do pisania odautorskiego. 

Częściowo z zaległości jeśli chodzi o opowiadania wyszłam, ale gdzie mnie nie było, prawdopodobnie niedługo dotrę. :)

Pojawiła się okazja pojechania do Oleśnicy na charytatywny turniej, na którym będzie grać Skra Bełchatów! :> Polujemy na bilety, mam nadzieję, że najpóźniej do wtorku będę mogła wam powiedzieć, czy zaliczę swój drugi mecz na żywo w tym roku i zarazem życiu. 
Jak ja chciałabym zobaczyć wszystkich tych ludzi z bliska... Pamiętam jak nierealni wydawali mi się siatkarze na LŚ we Wrocławiu, kiedy wcześniej widywałam ich tylko w telewizji. ;)

Miłego szkolnego tygodnia, niech moc będzie z nami!

A, co do postu. Kolejny pojawi się w piątek, bo tak planowo miał się pojawić. :)

czwartek, 12 września 2013

Rozdział siódmy

,,Bądź silna, bądź silna'' cały czas rozbrzmiewało w mojej głowie. Chociaż metody autosugestii czasami nawet się przydawały, w tej chwili żadne słowa nie były w stanie mnie dostatecznie zmotywować. Niczego tak się nie bałam, jak braku perspektyw na przyszłość, a ta teraz jawiła się przed nami jak wielka niewiadoma. Zawsze wolałam mieć wszystko czarno na białym, żeby czuć się bezpiecznie. Jazda w deszczu zdezelowanym autem z kilkoma torbami w bagażniku, które były teraz naszym jedynym dobytkiem, oraz brat za kierownicą, który kompletnie nie wiedział, gdzie się podziejemy, na pewno nie składały się na sytuację komfortową. Dłonie, którymi zakryłam twarz, by ukryć przez Michałem łzy, zasłaniały mi widok i pozwalały myśleć, że to wszystko jest tylko snem, może przysnęłam siedząc w szkolnej ławce na historii, słuchając monotonnego głosu naszego nauczyciela. Kiedy jednak rozłożyłam palce, między nimi dostrzegłam przednią szybę samochodu.
-Ciii, Lenka. - uspokajająco szeptał Michał, kiedy zanosiłam się od płaczu. Po chwili poczułam, że auto zatrzymuje się i usłyszałam charakterystyczny dźwięk gasnącego silnika. Przetarłam opuchnięte oczy, próbując zorientować się, gdzie jesteśmy. Parking, na którym się zatrzymaliśmy, znajdował się między kilkoma wysokimi blokami. Place zabaw, małe sklepiki... to wszystko uświadomiło mnie w przekonaniu, że jest to jakieś osiedle. Kątem oka wyłapałam, że Michał odpina pasy.
-Zaraz wrócę, poczekaj. - odpowiedział, łapiąc moje pytające spojrzenie. Chwilę później patrzyłam, jak szybkim krokiem kieruje się do jednego z bloków, a potem znika w jego wnętrzu.
Rozglądałam się po otoczeniu, nie mając nic lepszego do roboty i starając się nie zerkać w lusterko, aby nie zobaczyć, jak okropnie wyglądam, bo co do tego nie miałam wątpliwości. Michała nie było kilka minut, nim się obejrzałam, otworzył drzwi od strony pasażera.
-Chodź.
Wyszłam na chłodne powietrze. Deszcz już się uspokoił, jednak nadal padała mżawka. Poszłam za bratem do bagażnika, z którego wzięłam rzeczy potrzebne mi następnego dnia, a po zamknięciu auta, ruszyliśmy w stronę budynku.
-Dzisiaj przenocujemy u mojego kolegi, a jutro czegoś poszukam.- powiedział krótko.
-Jakiego kolegi?- zapytałam, kiedy wciskał guzik w windzie z numerem 3. piętra.
-Nie znasz, pracujemy razem. Ale jest spoko, więc się nie martw. - powiedział, próbując posłać w moją stronę pokrzepiający uśmiech. Kiedy winda zatrzymała się na naszym piętrze, stanęliśmy przed jednymi z drzwi. Chwilę później otworzyły się, a w nich ukazała się postać kolesia, którego nigdy w życiu nie widziałam. Ubrany w bluzkę w czerwoną kratę i jeansy spojrzał na mnie swoimi szarymi oczami, marszcząc brwi, gdy przesunął wzrokiem po mojej opuchniętej twarzy.
-Wejdźcie. - powiedział, usuwając się nam z przejścia. Gdy ściągnęliśmy kurtki i buty, zostawiając je w przedpokoju, oprowadził nas po swoim małym mieszkanku. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka, wszystko dość małych rozmiarów. Jedynym cieszącym mnie faktem było to, że najwidoczniej właściciel tego mieszkanka musiał regularnie je sprzątać, bo nigdzie nie walały się znoszone skarpety, a na meblach nie zalegała metrowa warstwa kurzu. Po przekroczeniu progu jednego z pokoi, kolega mojego brata kazał nam zostawić w nim rzeczy. Kilka sekund pozwoliło mi na ocenę tego biednie urządzonego pokoju, w którym oprócz meblościanki stała jeszcze rozkładana kanapa, a na podłodze leżał ogromny dywan.
-Chcecie herbaty, kawy? - zapytał, kiedy weszliśmy za nim do kuchni.
-Herbatę.- powiedziałam, kiedy spojrzał na mnie pytająco.
Kiedy w oczekiwaniu na parzący się napój siedzieliśmy przy stole, popatrzył na mnie po raz kolejny, lekko się uśmiechając.
-Ja się przecież nie przedstawiłem. Adrian.
-Lena. - uścisnęliśmy sobie ręce nad jasnym blatem.
-Proszę. - podał mi cukier, żebym posłodziła sobie herbatę. Mieszałam w kubku nagrzaną łyżeczką, wpatrując się w tworzący się w ciemnym napoju wir i wsłuchując się jednym uchem w rozmowę między siedzącymi przy stole chłopakami.
-Troskliwy ojczulek wrócił do domu?
-Weź mi nawet o nim nie wspominaj. - odpowiedział Adrianowi Michał z nutką zdenerwowania w głosie. Wnioskując z ich rozmowy, musieli być dobrymi znajomymi. Ta teoria sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, ile rzeczy jeszcze nie wiem o swoim bracie, który niewiele ostatnio ze mną rozmawiał. Doszłam do wniosku, że tak naprawdę nie mówił o sobie zbyt często, jeżeli już zdarzało nam się wymienić ze sobą kilka zdań. Na ile można nie znać swojego brata? W tym czasie rozmowa zeszła na interesujący mnie temat.
-No i co dalej? - spojrzeli na siebie, mnie jakby całkowicie ignorując. Poniekąd cieszyłam się z faktu, że nie wciągają mnie do rozmowy na siłę, a częściowo czułam się  dyskryminowana. Jak małe dziecko, którego nikt nie pyta się o zdanie, bo wierzy, że nie uzyska wartościowej odpowiedzi.
-Kurczę nie wiem. Zaczynam myśleć, że to był głupi pomysł. Działanie pod wpływem emocji chyba nie jest zbyt odpowiedzialne. - mruknął Michał, pochylając głowę nad swoim kubkiem i wpatrując się w jego zawartość. - Z drugiej strony nie mam zamiaru tam wracać z podkulonym ogonem.
-Czyli nieciekawie. Wiesz, pozwoliłbym wam zostać dłużej, ale jutro wraca mój kumpel, a w końcu nie powiem, że ma spać na ulicy, bo zagospodarowałem jego pokój.
-Pewnie, nie martw się stary. Damy sobie radę.
-Jak się powiedziało ,,A'' to trzeba powiedzieć ,,B''. - westchnęłam, czując nerwowy ścisk w żołądku, na myśl o powrocie do domu. Michał popatrzył na mnie smutnymi, niebieskimi oczami, a potem wyszedł do drugiego pokoju, żeby w oknie zapalić papierosa. Zostałam sam na sam z Adrianem, który bez skrępowania mi się przyglądał. Speszona, wbiłam wzrok w brązowe ślady, jakie herbata pozostawiła na praktycznie pustym już kubku.
-Twój brat ma głowę na karku i choć może wydawać się nieodpowiedzialny, to na pewno ma jakiś plan. Będzie dobrze. - przerwał niezręczną ciszę panującą w pomieszczeniu. Spojrzałam na niego, przyglądając się jego krótko obciętym czarnym włosom i szarym oczom.  -Dużo mi o Tobie mówił i dobrze wiem, o co mu chodzi. On sam byłby gotów wrócić do domu, żeby słuchać naśmiewania się ze strony ojca, ale ponad swój honor stawia sobie rolę starszego brata, rozumiesz?
-Co masz na myśli? - zapytałam zaintrygowana, bo najwidoczniej rozmowa na ten temat nie raz się między tą dwójką odbywała. Adrian nachylił się nad blatem, ściszając głos.
-Mówił mi, że nienawidzi ojca, ale jeszcze bardziej nie cierpi tego, kiedy jesteś nieszczęśliwa. Dla ciebie zrobiłby wszystko, po prostu jesteś dla niego ważna. Nie raz wspominał, że chciałby cię przed tym wszystkim chronić, chociaż nie wie jak. Oczywiście, wasza matka też jest dla niego ważna. - powiedział, jakby odpowiadając, na pytanie, które zadałam sobie w myślach. - Ale dobrze wie, że ta kobieta siedzi w tym za głęboko. Po prostu jesteśmy już tak skonstruowani, że czasami uzależniamy się od pewnych osób, sytuacji. Wydaje mi się, że problem ojca przeszedł na waszą matkę.
-Mama nie jest... - przerwałam, irytując się.
-Jeżeli nie, to dlaczego zamiast wyrzucić go od razu za drzwi, myśli nad daniem mu kolejnej szansy, choć powinna wiedzieć, że i tak nie dotrzyma danej obietnicy? Człowiek uczy się na własnych błędach, o ile ma ochotę się czegoś nauczyć.
-Myślisz... - znów próbowałam mu przerwać, a on nadal ciągnął swój wywód.
-Słuchaj, studiowałem psychologię i dobrze wiem, o czym mówię. Michał nie mógł zrobić nic innego, bo Twoja matka jest w takim momencie, że tylko ona sama może zdecydować, czy chce z tego wyjść, czy nie, poza tym nie dostrzega faktu, że powinna się od tego wszystkiego odciąć. Twój brat po prostu stwierdził, że nie da i Tobie zwariować, dlatego tu jesteś.
Nim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam kroki w przedpokoju. Adrian odsunął się, opierając plecy na krześle, tak że gdy Michał wszedł do pomieszczenia, oboje milczeliśmy i wyglądaliśmy na zajętych swoimi kubkami. Gdy obaj pogrążyli się w rozmowie na neutralny temat, ja milczałam, zastanawiając się nad słowami Adriana. Z każdym kolejnym spojrzeniem, które mi posyłał, czułam się dziwnie. Zrozumiałam, że Michał musiał się z nim przyjaźnić i nie są tylko zwykłymi znajomymi, bo choć mój brat czasem mnie zaskakiwał, to wiedziałam, że swoje sekrety trzyma tylko dla siebie. Chyba, że nie potrafi sobie z nimi radzić.
Wstałam od stołu, przyciągając ich spojrzenia.
-Muszę nauczyć się na sprawdzian. - powiedziałam, wychodząc z kuchni. W pokoju siadłam na kanapie i otworzyłam książkę, ale nie widziałam wydrukowanych w niej słów. Cały czas nękała mnie myśl, że jest ktoś, kto zna naszą tajemnicę na tyle dogłębnie, żeby jeszcze wyciągnąć z niej wnioski. Ten człowiek wiedział o nas aż tyle, za dużo według mnie. Miałam nadzieję, że kiedyś nie odwróci się to przeciwko nam. Ale jedną z nabytych cech, które nie istniały we mnie zanim ojciec nie zaczął nas oszukiwać, była właśnie nieufność i chyba nic nie było w stanie zmienić tego, że zaczynałam widzieć wszystko w czarnych barwach.

*
Chyba wyszedł dużo krótszy niż poprzedni, ale wolałam urwać teraz, niż później w połowie. ;) 

Tak mi czas zapina, że prawie zapomniałam, że nowy post już dzisiaj. ;) Ale mam straszne urwanie głowy, naprawdę.

Zastrzyki na półce w pokoju stoją, a pierwszy czeka mnie dopiero na początku października. Takie są kolejki do lekarza specjalisty, a gdyby nie to, że już u niego byłam, to czekałabym z pół roku. 
Jak na rehabilitacje z resztą.

Nie mam czasu na czytanie książek, opowiadań, na pisanie ledwo go starcza, przepraszam was najmocniej. Na pewno pojawię się u tych, których czytam, z maksymalnym spóźnieniem, ale zawitam. Jutro już piątek, to wieczorkiem zacznę ogarniać. ;)

Weekend nadchodzi ♥ 
Co z tego, że będę się podczas niego ostro zakuwać. Przynajmniej się wyśpię. ;)

U was też tak ciężko o czas wolny? 
Wiem, głupie pytanie.

Kolejny post w poniedziałek, koło 16.



niedziela, 8 września 2013

Rozdział szósty

Zaczęłam ocierać łzy rękawem bluzy, powodując nieprzyjemne swędzenie skóry na policzkach. Po chwili udało mi się doprowadzić twarz do umiarkowanego porządku, choć wiedziałam, że płacz na pewno pozostawił po sobie widoczne ślady. Mimowolnie zerknęłam w szybę jednego z zaparkowanych przy chodniku aut i zobaczyłam zaróżowiony nos i podpuchnięte oczy. Próbując się jakoś zamaskować zarzuciłam na rozpuszczone włosy kaptur i wpatrywałam się w chodnik, podczas mijania przechodniów. Nie chciałam ich współczucia, wolałam, żeby zostawili mnie w spokoju.

Po kolejnych minutach włóczenia się po mieście zaczęłam zastanawiać się, dokąd się kieruję. Do Majki czy innych osób z klasy iść nie mogłam, nie miałam zamiaru tłumaczyć się im z mojego stanu. Wszystkie furtki jak zwykle się za mną zamknęły - po przetrząśnięciu kieszeni znalazłam tylko kilka wsuwek do włosów i jakieś 3 złote. Przerwałam myśli, kiełkującą w mojej głowie, uśmiechając się krzywo. Kiedyś myślałam o uciecze, marzyłam, żeby wsiąść w byle jaki autobus i po prostu jechać przed siebie godzinami, wiedząc, że nie będę musiała powrócić do tego całego popieprzonego życia. Marzyłam o nowym starcie, gdzieś daleko, gdzie nikt nie znałby mnie i nie oceniał. Kiedy byłam w totalnym dołku miałam wrażenie, że moja rodzina, a szczególnie ojciec to jakiś kamień, który ściąga mnie na dno i nie pozwala zaczerpnąć powietrza. Oczywiście jakiś czas później żałowałam tego myślenia, bo ich kochałam. Mogłam marzyć, wieczorami leżąc pod ciepłą kołdrą, wiedząc, że czeka mnie kilka spokojnych godzin. Godzin bez krzyków, kłótni, trzaskania drzwiami. Bez gorzkich słów, rzucanych bez zastanowienia, bez wiecznych pretensji. Moje marzenia kończyły się jednak w chwili, kiedy do głosu dochodziło logiczne myślenie. Bez pieniędzy, sama w wielkim mieście, kilkaset kilometrów od domu, nie dałabym sobie rady. Życie nie jest bajką, w której nagle na dworcu podchodzi do ciebie przystojny chłopak i proponuje pracę w sklepie ojca albo nocleg, bez nieciekawych zamiarów.

Poczułam na twarzy pierwsze krople deszczu. Zmęczona i zrezygnowana usiadłam na ławce jednego z zadaszonych przystanków, obawiając się nadchodzącej ulewy - chmury nad dzielnicą, w której się znalazłam, były gęste i ciemne. Po kilku minutach przystanek zapełnił się stłoczonymi ludźmi, chcącymi jak najszybciej wrócić do domu i do tego nie przemokną do suchej nitki. Podjechał autobus, a gdy drzwi zasunęły się za pewną kobietą niosącą zakupy, zostałam sama. Miałam wrażenie, że zaczyna się robić ciemno, to zapewne z powodu ulewy.  Wiedziałam, że nie mogę siedzieć w tym miejscu w nieskończoność, poza tym przypomniałam sobie o chorej Majce, której obiecałam przynieść zeszyty. Powinnam była do niej pójść, zdawałam sobie jednak sprawę, że chociaż znamy się od niedawna, to mogłaby zauważyć, że coś jest ze mną nie tak, a ja naprawdę nie miałam ochoty na zwierzenia, ani kłótnie z nią. Jedną z niewielu osób, z którymi mogłam teraz pogadać o normalnych sprawach.

Przez dźwięk uderzającego o chodnik deszczu zaczął przedzierać się inny, znajomy. Po chwili dotarło do mnie, że to mój telefon. Wyciągnęłam komórkę z kieszeni, zastanawiając się, czy dzwoni mama, bo ani od niej, ani od ,,niespodziewanego gościa'' nie miałam zamiaru odbierać. Imię, które wyświetliło mi się na ekranie już samym widokiem podniosło mnie na duchu. 
-Michał...
-Lena...No k*rwa, wiedziałaś o tym wszystkim? Gdzie jesteś? - usłyszałam w głosie brata zdenerwowanie. 
Rozejrzałam się wokół siebie i podałam mu nazwę ulicy, na której siedziałam od dobrych kilkudziesięciu minut. 
-Dobra, poczekaj, przyjadę po ciebie. - powiedział już spokojniejszym tonem, wiedziałam jednak, że również nie jest zadowolony z osoby, którą zapewne zastał w domu. Bo nie chciało mi się wierzyć, że mama mogła powiedzieć mu przez telefon, że wybiegłam z domu, nie podając powodu mojej ucieczki. Michał po prostu znał mnie dość dobrze, żeby wiedzieć, że nigdy nie robię czegoś głupiego i nieprzemyślanego, jeżeli wszystko jest w porządku.

Oczekiwanie na jego przyjazd umiliło mi spoglądanie na brudne trampki, które miałam na nogach. Patrząc na ich stan, najwidoczniej stopy niosły mnie nie tylko przez wypielęgnowane i czyste dzielnice, bo buty wyglądały jakbym przebiegła przez jakieś pole uprawne. Zaczęłam zastanawiać się, jak to możliwe, że wyłączyłam swoją czujność na tyle, iż nawet nie pamiętałam, którędy i jakim cudem trafiłam w miejsce, w jakim się znajdowałam.

Moją uwagę rozproszył dźwięk silnika, który powiadomił mnie o zbliżającym się samochodzie. Uniosłam wzrok, patrząc na rzęcha mojego brata, który podjechał pod przystanek, rozchlapując przy okazji wodę w kałuży. Podniosłam się, prostując zesztywniałe długim siedzeniem ciało, a potem siadłam obok brata na siedzeniu pasażera. Zdążył tylko popatrzeć na mnie przelotnie, spojrzeniem swoich niebieskich, złych i zarazem smutnych oczy, a potem skupił się na drodze.

Z każdą minutą jazdy czułam rosnącą w żołądku gulę. Przypomniałam sobie to okropne uczucie, kiedy nie masz ochoty wracać do swojego domu, bo wiesz, że czeka cię w nim koszmar. Ku mojemu zdziwieniu, Michał skręcił w jedną z uliczek i skierował auto pod McDrive'a. 
-Zamówić ci coś? 
Żołądek, który teraz miałam zaciśnięty z nerwów zbuntował się. 
-Weź mi kawę.
Po złożeniu zamówienia i odebraniu naszej paczki, zaparkował obok McDonalda i zgasił auto. Wyciągnął z papierowej torebki moją kawę i podał mi ją, a potem rozwinął apetycznie pachnącego hamburgera. W ciszy zajmowaliśmy się swoim posiłkiem. Kiedy z hamburgera został tylko kartonik, Michał spojrzał na mnie, pocierając nerwowo brodę.
-Widziałaś go? 
-Yhm. A ty...?
Ciszę w aucie zaburzyło moje siorbnięcie. Ten dźwięk zawsze rozśmieszał Michała, ale oboje byliśmy chyba zbyt źli i zaskoczeni, że tym razem nie zrobiło to na żadnym z nas wrażenia. 
-Zwyzywałem go.
-Och. Musiał się przejąć.- mruknęłam do siebie.
-Bardzo. Zaczął się śmiać. Gdyby nie był moim ojcem, rozkwasiłbym mu twarz. - powiedział wściekły, uderzając rękoma o kierownicę. Patrząc na Michała, który przeważnie był oazą spokoju, a teraz wręcz kipił gniewem, ciężko byłoby zrozumieć, co mogło wytrącić go z równowagi, gdybym akurat nie znała powodu jego złości. Ten człowiek miał w sobie takie pokłady cierpliwości, strasznie mu ich zazdrościłam. W niektórych sytuacjach jednak nawet anioł potrafi pokazać rogi.

-Nie chcę tam wracać. - powiedziałam, czując, że łzy zbierają się w moich oczach. Deszcz nadal zacinał, woda spływała po szybach, a świat kompletnie mi się rozmazał. Starałam się powstrzymać łzy, ale kiedy już po policzku popłynęła jedna, dołączyły do niej kolejne, a ja nie miałam w tym nic do gadania. Po chwili poczułam ramię Michała, które przyciągnęło mnie do siebie. Zaczął mnie lekko kołysać, a całe to objęcie było utrudnione przez ręczny hamulec i drążek zmiany biegów, z których ten pierwszy wbijał mi się w bok. Czując jednak perfumy mojego brata, tak znany mi zapach, zmieszany z delikatną już wonią dymu papierosowego, czułam się bezpieczna. Może było z nami różnie, ale dobrze spełniał rolę starszego brata powierzoną mu przez los i miałam wrażenie, że coś wymyśli, jak zawsze. Wyciągnie nas z tego bagna.
-Lena, ja też nie chcę. Po prostu... nie wiem co robić. - westchnął, opierając głowę na mojej.
Po kilku minutach ciszy zabrał rękę i wyprostował się na siedzeniu kierowcy. 
-Zapnij pasy.
Wykonałam polecenie i chwilę potem, bez wyjaśnień, ruszyliśmy w drogę. Nie pytałam dokąd, czekając na jakieś wyjaśnienia z jego strony, on jednak milczał. Kiedy dostrzegłam znajome domy, wiedziałam już, że wracamy do domu.

Zajechał pod bramę domu i wysiadł z auta. Spojrzałam na niego przez przednią szybę, kiedy obchodził auto, żeby podejść do moich drzwi. Złapał za ich klamkę, a do środka wdarło się zimne, wilgotne powietrze.
-Chodź. 
Wiedząc, że nie mam wyboru, ruszyłam za nim, zła i zawiedziona. Wiem, może zbyt dużo od niego oczekiwałam, ale miałam nadzieję, że coś wymyśli, a nie będzie kazał mi wracać do domu i udawać, że nic się nie stało. Grać przykładną rodzinkę przed nowymi sąsiadami. Z nogami jak z waty przekroczyłam próg naszego domu. Automatycznie przypomniałam sobie swoje myśli - po przeprowadzce miałam nadzieję, że w końcu ten budynek będzie mi się kojarzył z ciepłem i z chęcią będę do niego powracać, niestety tak się nie stało. Weszłam za Michałem do pokoju, z którego dochodziły dźwięki - na kanapie przed telewizorem zobaczyłam ojca i mamę. Ta druga od razu zerwała się z siedzenia na nasz widok. Po minach obojga zauważyłam jednak, że pogawędka, którą ta dwójka prowadziła między sobą przed naszym powrotem na pewno nie była zbyt miła - ojciec nadal wykrzywiał usta w grymasie złości. Nastała niezręczna cisza, podczas wszyscy mierzyliśmy się spojrzeniami.
-Zrobiłam kolację. - powiedziała cicho mama, starając się załagodzić panujące w pokoju napięcie.
-Zostajesz tutaj? - zapytał Michał, ignorując jej słowa, kierując swoją wypowiedź w stronę ojca nadal siedzącego na kanapie.
-Kupiliście ten dom za moje pieniądze, chyba mam do tego prawo? - zapytał, uśmiechając się ironicznie.
-Ok. - wzruszył ramionami, a potem odwrócił się w moją stronę. Zdziwiła mnie obojętność w reakcji na słowa ojca, co kompletnie nie pasowało do złości Michała sprzed jakichś kilkudziesięciu minut. - Lena, weź co najbardziej ci potrzebne, zbieramy się.
Stałam jak wmurowana w dębowy parkiet, na którym pozostawiłam ślady z błota. Zamrugałam oczami, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Michał zawsze się wściekał, ale nigdy nie posunął się do tego, żeby wyjść z domu i już do niego nie wrócić.
-Ty tak na serio? - zapytałam, nie dowierzając. Najwidoczniej jego słowa dotarły szybciej do mojej matki, która teraz zalała się łzami. Ignorując ją, Michał wypchnął mnie do przedpokoju.
-No idź. Weź rzeczy do szkoły, jakieś ubrania. Najważniejsze rzeczy.
Na automacie ruszyłam po schodach na górę i przekroczyłam białe drzwi prowadzące do mojego pokoju, do którego już zdążyłam się przywiązać. Pakując to, co wpadło mi w ręce, zaczęłam zastanawiać się, gdzie się teraz podziejemy, jak ułoży się nasze życie. Jaki plan ma Michał, bo najwidoczniej nie miał zamiaru się nim ze mną dzielić, a tylko wydawać rozkazy. Ufałam mu jednak i miałam nadzieję, że dobrze zastanowił się, co robi. Z korytarza niosły się krzyki mojej matki, która teraz próbowała jakoś zmusić nas do zostania. Wszystkie szkolne rzeczy wrzuciłam do plecaka, ledwo go dopinając i czując ścisk w gardle. Nie chciałam płakać, ale ciężko było mi pozostać obojętną na jej prośby. Nim zdążyłam zastanowić się, co robić, Michał wziął jedną z moich toreb i pociągnął mnie do wyjścia. W ostatniej chwili zabrałam jeszcze laptopa i zamknęłam drzwi do pokoju, do którego raczej nie miałam już wrócić. Świadomość, która uderzyła mnie, kiedy już siedziałam w aucie i spoglądałam przez zaparowaną szybę na Michała, kłócącego się z rodzicami w naszym ogródku, była przytłaczająca. Co jeśli nigdy już tu nie wrócę? Mama nie była niczego winna i najbardziej bolało mnie to, że pewnie obwiniała się teraz tą całą zaistniałą sytuacją.

Całe auto zatrzęsło się, kiedy Michał z furią zamknął drzwi. Nie patrząc na mnie odpalił silnik, przypominając wcześniej o zapięciu pasów. Za oknami przesuwały się znajome dzielnice, aż wyjechaliśmy do centrum.
-Michał, gdzie my jedziemy?- zapytałam, nie wiedząc, co kryje się pod jego rozczochraną czupryną. Kiedy światło na skrzyżowaniu zamieniło się w czerwone, potarł dłonią brodę, a potem westchnął.
-Nie wiem.
-Jak to nie wiesz?- zapytałam zdziwiona.
No ładnie. Myślałam, że mój brat miał jakiś plan, a on najwidoczniej spełnił jedno z tych marzeń, które ja z góry uważałam za nierealne, dlatego nawet się ich nie chwytałam. Schowałam twarz w dłoniach, próbując wymazać z myśli płacz mojej mamy i nie rozkleić się kolejny raz tego dnia.

*
Nie skomentuję tego powyżej, zostawiam to Wam. ;) 

Siedzę i próbuję rozwiązać zadanie z matmy. Tak bardzo brakowało mi tych moich matematycznych problemów przez wakacje... Na lekcji robimy co innego, a potem w domu głowię się godzinami nad zadaniami Bóg wie skąd wytrzaśniętymi. ;)

Pierwszy tydzień już za nami. Jak wrażenia?

Dwa z trzech meczy Memoriału wygraliśmy! Cieszy mnie fakt, że nasi siatkarze więcej niż na LŚ pracują blokiem, bo od razu widać efekty. Mam nadzieję, że z Rosją wywiąże się piękna walka. Trzymam za nich kciuki.

Już oficjalnie mówię, że dodaję co cztery dni. Kolejny post w czwartek, koło 16. Wydaje mi się, że to dobrze zarówno dla mnie jak i dla was, bo macie więcej czasu na przeczytanie i nie będziecie musieli nadrabiać postów. ;)

A siatkarze przecież pojawią się w reaktywacji ,,wakacyjnej-historii'', którą będę prowadzić i odświeżać razem z Kamillą. Bądźcie cierpliwi, bo o ile ta pierwsza już ostro nad tym pracuje, to ja na razie jestem z tym w lesie. Ale na pewno was poinformuję, jeżeli ją zaczniemy. :)





środa, 4 września 2013

Rozdział piąty

Po pierwszym tygodniu szkoły wszystko szło jak z górki. Ludzie z klasy przyjęli mnie lepiej, niż się tego spodziewałam. Jako ,,nowa'' chyba wzbudzałam ich ciekawość, co pewnie było powodem tego, że oprócz Majki w moim otoczeniu pojawiły się również dwie inne dziewczyny - Ola i Kamila. Nie czułam jednak, że miałybyśmy być przyjaciółkami, po prostu nasze relacje nie wychodziły poza szkołę, jak to miało miejsce w przypadku Mai. Dowiedziałam się od niej, że tamte dwie przyjaźnią się ze sobą już od podstawówki, a ona sama zadawała się z nimi w szkole, co było raczej zrozumiałe - jako tak gadatliwa osoba nie mogłaby nagle stać się samotniczką.

Kilka dni zajęło mi ,,rozgryzienie'' pozostałych dziewczyn. Choć sama nie lubiłam, kiedy przyklejano mi określoną etykietkę, poukładałam sobie w głowie poszczególne koleżanki na konkretnych półkach. Większość upchnęłam na tej dla ,,popularnych'', do których nigdy nie należałam i nie chciałam należeć.
Nim się obejrzałam, minął miesiąc. Popołudnia spędzałam na nauce, a w weekendy plotkowałam z Majką, która czasem nawet u mnie nocowała. Zaczęłam się przed nią otwierać i nasze rozmowy nie przypominały już monologu prowadzonego z jej strony, nie mówiłam jej jednak wszystkiego o swojej przeszłości, bojąc się jej reakcji. Bardzo ją polubiłam, spędzałyśmy ze sobą dużo czasu i nie chciałam tego bezsensownie stracić. Zaczęłam jednak wierzyć, że ty razem jednak spotkałam prawdziwą przyjaciółkę.

Męczona przez Maćka, zgodziłam się na kawę, ale już w momencie wejścia do lokalu czułam już, że to był błąd. Koleś był zupełnie z innej planety i rozmowa z nim nad parującym cappuccino utwierdziła mnie w przekonaniu, że taki wypad już się nie powtórzy. Maciek okazał się taką męską wersją Majki - nie zamilkł nawet na minutę- i choć w niej mi to nie przeszkadzało, to jednak poruszane przez niego tematy w ogóle mnie nie interesowały. Jakoś dotrwałam do końca spotkania, a przy wyjściu wymówiłam się bólem głowy i nieodrobioną matmą, kiedy zaprosił mnie do kina. Czułam, że jego świat deski i rapu to nie mój świat. Tym bardziej, że moją uwagę przykuła inna osoba.

Ciężko było mi to przyznać przed samą sobą, ale polubiłam Tomka. Tak naprawdę do potwierdzenia tego zmusiła mnie Majka, która poczyniła wobec mnie niezłe obserwacje. Bałam się jej pokrętnych planów, bo nie próżnowała. Była do tego stopnia ,,pomocna'', że bez uzgodnienia ze mną, wpakowała mnie we wspólny projekt  z Tomkiem. Tak po prostu wyszła, kiedy nauczyciel dobierał nas w pary i mi przyszło pracować z nim, ponieważ jego sąsiad z ławki był chory. Kiedy w drzwiach stanęła Majka, a ja siedziałam już z Tomkiem w jednej ławce, zarysowując ramy projektu, posłałam jej mordercze spojrzenie.
Po kilku popołudniach spędzonych w bibliotece nad projektem, wydawało mi się, że znalazłam z Tomkiem wspólny język.

Była środa, a ja wychodziłam ze szkoły sama, bo Majkę dopadła paskudna grypa. Schodziłam po schodkach na plac przed szkołą, szukając telefonu aby sprawdzić godzinę, gdy tuż obok mnie pojawił się wyprzedzony zapachem perfum Tomek. Mimowolnie odwzajemniłam uśmiech, którym powitał mnie zamiast standardowego ,,cześć''.
-Masz dzisiaj czas? Skończymy kolejną biografię. - powiedział, nawiązując do tematu naszego projektu.
-Nie, dzisiaj idę do Majki z zeszytami, a poza tym jutro mam hiszpański, a nadal nie wkułam ostatnich słówek. - westchnęłam, myśląc o górze zwrotów, które już dawno powinny zagościć w mojej głowie.
-Szkoda. To może jutro? - zapytał, patrząc mi w oczy. Zamrugałam, budząc się z otępienia, jakie to spojrzenie we mnie spowodowało.
-Nie wiem jeszcze, napiszę do ciebie. - wymamrotałam. Odprowadził mnie na przystanek, obiecując, że zbierze już trochę materiałów, żebyśmy mogli je razem opracować.

Całą drogę do domu spędziłam na uśmiechaniu się do swojego odbicia w autobusowej szybie. Jak na skrzydłach wbiegłam do domu, zdziwiona, że drzwi na dole nie były zamknięte. Przeważnie mama i Michał wracali jakąś godzinę lub dwie później. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy w przedpokoju obok szafki nocnej dostrzegłam dużą, czarną walizkę. Czując narastający niepokój, weszłam do kuchni, z której usłyszałam jakieś odgłosy i dostrzegłam mamą, która zalewała właśnie herbatę. Postawiła na stole dwa kubki i dopiero wtedy mnie zobaczyła. Na jej twarzy pojawiło się zmieszanie. Przygładziła nerwowo grzywkę, a potem odwracając się w do mnie plecami zapytała:
-Nie widziałaś cukru?
-W górnej szafce przy oknie. - odpowiedziałam machinalnie, patrząc jak dziwnie się zachowuje, ale nie mają odwagi o nic zapytać.
-Nie miałaś iść do Majki po szkole? - jej głos zadrżał, kiedy starała się nadać temu zdaniu normalny, swobodny ton.
-Mówiłam, że pojadę do niej po obiedzie. - powiedziałam , zerkając na kuchenkę, na której nic się nie odgrzewało. Jedzenie zapewne było w lodówce, ja jednak z nerwów miałam żołądek zawiązany w supeł i nie byłabym w stanie przełknąć ani łyżki zupy.
Stałam w progu w mojej ciemnozielonej parce, w tenisówkach ubrudzonych błotem, wciąż trzymając plecak na prawym ramieniu. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale atmosfera w domu zgęstniała, a serce biło mi jak po kilkunastominutowym biegu.
-Mamo, co jest grane?
Spojrzałam na jej wciąż odwróconą do mnie plecami sylwetkę. Nie poruszyła się.
-Mamo, czyja to walizka?
Zaczęłam wsłuchiwać się w panującą w domu ciszę. Brak odpowiedzi ze strony mojej mamy uświadomił mi, że starała się coś przede mną ukryć. Od dawna nie miałyśmy już przed sobą wielu tajemnic, ponieważ wyznawałyśmy zasadę, że problemami trzeba dzielić się z najbliższymi, bo wtedy jest większa szansa na ich rozwiązanie. A to, że nad naszym domem znów zawisły czarne chmury wywnioskowałam z jej zachowania. Albo zawisną, bo nadal nie wiedziałam, dlaczego nie chce nic mi powiedzieć.
-Nie pójdę stąd, dopóki nie odpowiesz.
Długo zbierała się w sobie, aż mogła spojrzeć mi w oczy. Widziałam, jak przełyka nerwowo ślinę i dotarła do mnie ironia tej sytuacji - czułam się, jakbyśmy zamieniły się rolami. To ja byłam tutaj surową, w miarę opanowaną matką, a ona nastolatką, która coś zbroiła i obawia się gorzkich słów rodzicielki. Otworzyła usta, żeby mi odpowiedzieć, ale żadne słowo nie zdążyło się z nich wydobyć. Do przedpokoju wtargnął jesienny, chłodny wiatr, a chwilę potem usłyszałam kroki i głębokie westchnięcie.
-Ok, jeszcze jedna walizka i po sprawie.
Poczułam, jak cała sztywnieję, nagle ciało przestało należeć do mnie. Ten znajomy głos mnie sparaliżował, nie mogłam uwierzyć w to, że się nie przesłyszałam. Jak za sprawą czyjejś dłoni, pociągającej za sznurki, odwróciłam się powoli, stając twarzą w twarz z moim koszmarem.
Mężczyzna spojrzał na mnie tymi samymi, brązowymi oczami, oczami, których tak w sobie nienawidziłam, bo przypominały mi jego. Ubrany w garnitur, w dłoni nadal trzymał rączkę dużej walizki, stojąc z nią w progu i jak ja, nie wiedząc, jak zareagować na zaistniałą sytuację.
-Och. Lena. Nie wiedziałem, że tak szybko cię zobaczę. - powiedział po chwili mierzenia się spojrzeniami. Jeżeli jednak w jego oczach widziałam coś w rodzaju zaskoczenia i ciepła, to moje na pewno były pozbawione tego drugiego. Zrobiło mi się zimno, czułam, jakby ktoś wrzucił mi za koszulkę kostki lodu, a moje spojrzenie na pewno nie było cieplejsze. Poczułam, że zaczynam odzyskiwać kontrolę nad swoimi kończynami. Zacisnęłam rękę, którą wciąż trzymałam na ramieniu plecaka.
-Co on tu robi?- zapytałam bezbarwnie, opanowanym głosem, patrząc na przybysza, jednak kierując słowa w stronę mamy.
-Lena, Twój ojciec przyjechał, bo nie ma gdzie się podziać. Zaproponowałam...
-Po pierwsze, nie mam ojca. Nie chcę mieć.- powiedziałam, podnosząc ton głosu i odwracając się w jej stronę. Czułam, jak złość zaczyna rosnąć we mnie wraz z każdym uderzeniem mojego serca i jak dociera do każdej mojej części ciała. - A po drugie, jak mogłaś tak po prostu go tu sprowadzić, nie pytając mnie o zdanie?
-Lena...
-Michałowi w ogóle powiedziałaś? - zapytałam, nadal ignorując ojca, który z niezdecydowaniem stał wciąż w progu. Pomyślałam chwilę nad zadanym przeze mnie pytaniem i prychnęłam. - Nie, na pewno nie, bo inaczej nie dopuściłby do tego.
-Lena, posłuchaj...- powiedziała mama ostrzejszym tonem, spoglądając na mnie zrozpaczonymi oczami.
-Nie, to ty posłuchaj. - przerwałam jej po raz kolejny. Byłam tak wzburzona, że kompletnie nie panowałam nad swoimi słowami. - Nie będę przechodzić tego po raz kolejny. Nie będę.
-Lenka, porozmawiajmy. - powiedział ojciec, którego uparcie zignorowałam.
-Albo ja, albo on. Jestem pewna, że Michał poprze moje zdanie. - ucięłam, patrząc na mamę. Nie wypowiedziała żadnego słowa, ale jej zaszklone oczy mówiły mi wszystko. Nadal nie wiedziała, jak postąpić, aby jej decyzja była słuszna. Odwróciłam się na pięcie, minęłam ojca, który nadal stał w wejściu do kuchni, zrzuciłam plecak w przedpokoju i wybiegłam z domu, trzaskając drzwiami.

Chłodny wiatr rozwiewał moje włosy, kiedy z szybkiego truchtu przeszłam w bieg. Biegłam na oślep, jak przestraszone zwierzę, nie myśląc racjonalnie o tym, co robię. Moje myśli były kłębkiem zagmatwanych słów, tych, których nie wypowiedziałam. Wiedziałam jedno - nie żałowałam ani jednego zdania, które wydobyło się z moich ust w naszej kuchni i nie interesowało mnie to, czy skrzywdziłam przy tym ich uczucia. Oni nigdy nie interesowali się tym, czy ja czuję się dobrze z ich decyzjami, nie miałam zamiaru zachowywać się inaczej. Nie dam się zniszczyć od środka, ani tym razem, ani następnym. Rozumiałam ból w oczach mojej mamy - postawiłam ją pod ścianą, każąc wybierać między dziećmi, a mężczyzną, z którym związała się kilkanaście lat wcześniej i którego kochała. Któremu wybaczała każdą głupią rzecz, przymykając na nią oko. Nie mogłam jednak rozumieć, jak mogła godzić się na to, aby ten horror znowu powrócił. Dlaczego uwierzyła, że tym razem do tego nie dojdzie, skoro już kilka razy nasze życie wywróciło się do góry nogami?
Ulica, którą biegłam powoli zaczęła się rozmywać. Zaczęłam szybko mrugać, aby nie pozwolić łzom na uwolnienie. Kiedyś obiecałam sobie, że z powodu tego głupka nie wyleję już ani jednej łzy, bo nie jest tego wart. Dlaczego jednak teraz czułam, że słone krople spływają mi po podbródku?

*

Hej, hej, hej. A więc jestem. :) 

Mały komentarz co do tego tam u góry. Sielanka nie trwa wiecznie, aż mnie korciło i ten rozdział powstał w rekordowym wręcz tempie.Zawsze takie rozdziały pisze mi się z wielką przyjemnością. Nie pytajcie dlaczego, nie wiem.

Jak wrażenia po rozpoczęciu roku i dwóch pierwszych dniach? Ja sama się trzymam, plan mam w porządku, a patrząc na to, że wf-y mam na pierwszych lekcjach,a nie ćwiczę, może załatwię sobie późniejsze przychodzenie na lekcje. I nie będę musiała się męczyć patrzeniem na ludzi z klasy dobrze bawiących się podczas gry w siatkę, kiedy ja bym chętnie pograła, a nie mogę. Tym bardziej, że naszą nauczycielkę zastąpił jej mąż i zapowiada się ostra jazda. Już zapowiedział mojej klasie zaliczenia z lekkoatletyki w ten piątek.:<

Siatkarza... chyba tutaj nie będzie, a na pewno nie prawdziwego. Na opowiadanie z takowym mam pomysł, ale to może kiedyś. Po prostu... skoro czytacie, bez kogoś realnego, to chyba doskonale oznacza to, że taka osoba nie jest tu potrzebna? :)

Pierwsze spotkanie na prawko zaliczone, wykład odbębniony, wrażenie na instruktorze wywarte. Podejrzanie zerkał w moją stronę, mówiąc, że tych co są zieloni będzie bardziej cisnął, żeby się czegoś nauczyli i nie będzie maślanych oczek. :D Nie wiem jeszcze jak to załatwię z oświadczeniem od lekarza, bo przyjmuje wtedy, kiedy ja mam czas zajęty... ale coś się wymyśli. Najwyżej będę biegła przez pół miasta ledwo oddychając, żeby wyrobić się czasowo.
A sorry, ja nie mogę biegać. To nie wiem, chyba przefrunę. ;)

Kiedy myślicie, że jest źle, przypomnijcie sobie o justberrry, która na ten piątek ma już maturę podstawową z matmy zrobić, a poza tym masę innych zadań.
A i wybrać temat prezentacji maturalnej oraz dzieła do niej do przyszłego czwartku. Nie wcisnę byle czego, bo za to ocena jest. -.-

The Versatile Blogger na pewno się tu pojawi, ale pewnie w weekend. Nie dam rady teraz.

Trzymajcie się. Kolejny... za cztery dni, bo po tym jednym popołudniu widzę, że cudem będzie zgromadzenie jakichś zapasów. Więc rozdziału szóstego spodziewajcie się w niedzielę.  

Miłego tygodnia :)