sobota, 31 sierpnia 2013

Rozdział czwarty

W ciągu jednego popołudnia poznałam tyle ciekawych miejsc, że nie byłam w  stanie tego wszystkiego jakoś ogarnąć. Majka pokazywała mi wszystko w tempie, którego Usain Bolt nie mógłby się powstydzić. Kiedy nasz maraton po mieście dobiegł końca, a ja maksymalnie zmęczona dotarłam jakoś do domu, nie byłam w stanie podnieść się ze schodów w przedpokoju, na których usiadłam. Stopy aż mnie piekły od ilości zrobionych kilometrów. Stwierdziłam, że i tak nie mam co robić, więc kilka minutek siedzenia mi nie zaszkodzi.

Objęłam ramionami kolana, zmieniając pozycję i siadając w poprzek schodów na jednym stopniu. Oparłam głowę o ścianę i wsłuchałam się w ciszę, panującą w domu. Podczas mojej nieobecności chyba nikt się w nim nie pojawił. Dobrze, że zjadłam na mieście kawałek ciasta, popijając to latte, bo inaczej umarłabym z głodu. Już zaczęłam zastanawiać się, czy nie zatelefonować do mamy, która mogłaby po drodze z pracy zrobić zakupy, do których jakoś nie palił się Michał. Kiedy jednak zauważyłam, że torebka, w której znajdował się nadal mój telefon leży na odległej z perspektywy schodów szafce, stwierdziłam, że jednak tego nie zrobię.

W mojej głowie zderzały się różne opinie i wspomnienia, o które wzbogaciłam się tego popołudnia. Co najdziwniejsze, Majka nie zdawała się udawać miłej, po prostu taka była. Myślałam, że to może jakaś podpucha. Cały czas gdzieś tam zastanawiałam się, czy aby nie oprowadza mnie po mieście z powodu wychowawczyni. Oczami wyobraźni już widziałam ją zawiązującą jakiś pakt z naszą ,,profesorką''. Po tylu przygodach z równieśnikami pozostała we mnie jakaś nieufność i chyba było to zrozumiałe. Z każdą minutą rozluźniałam się w jej towarzystwie i w końcu poczułam, że nie będzie źle. Podczas tych kilku godzin przytoczyła mi wiele faktów i ciekawostek na temat ludzi z klasy. Siedząc nad wyśmienicie pachnącą kawą i smakowicie wyglądającym kawałkiem ciasta czekoladowego, chłonęłam te nowości jak gąbka. Szczególnie zainteresowała mnie postać chłopaka, którego jakiś czas wcześniej spotkałam w papierniczym i który wydawał się całkiem miły. Nie chciałam jednak, żeby pomyślała, że lecę na jego wygląd, nie wiedziałam też czy nie ma dziewczyny, która byłaby jej bliską znajomą. Albo czy Majka potrafi trzymać język za zębami, czy patrząc na tempo mówienia, gada, co jej na ten język ślina przyniesie? Wolałam nie ryzykować i nie utrudniać sobie dopiero zaczynającego się roku szkolnego, żeby zaraz jakieś plotkary rozpuszczały na mój temat nieprawdę.

Zamek w drzwiach przekręcił się, a w drzwiach pojawił się Michał.  Otworzył drzwi nogą, w obu rękach trzymając wyładowane zakupami torby. Ok, mogę przyznać, że jeśli coś się mu zleci, to choćby i z opuźnieniem, dotrzyma słowa. W progu nie był w stanie zamknąć za sobą drzwi. Spojrzał na mnie spod mokrej od potu grzywki i westchnął:
-Może byś się ruszyła?
Minęłam go, kiedy skierował kroki do kuchni. Wyciągnęłam jego klucze z zamka i rzuciłam na szafkę, po czym zakmnęłam drzwi. Mój żołądek dał o sobie znać i postanowiłam pomóc mu wypakować zakupy, szukając czegoś dla siebie.
-Masz coś słodkiego może? - zapytałam, spoglądając po wyłożonych na kuchenny stół zakupach. Zmarszczył brwi, opierając się o blat.
-Wiedziałem, że coś nie tak. Normalnie nie pomogłabyś mi tego wypakować. - posłał mi pełne wyrzutu spojrzenie.
Miałam coś odpowiedzieć, ale jego niebieskie oczy mówiły mi, żebym się już nie pogrążała. Pokręcił głową i wyciągnął spod paczki makaronu batona Kit Kat. Wzięłam czerwone opakowanie do ręki i uśmiechnęłam się do niego szeroko. Wychodziłam z kuchni, kiedy zawołał:
-Eno, eno, gdzie ty się wybierasz?
-Na górę idę.
-To wiem, ale nie sądzisz, że to wszystko samo nie znajdzie się w szafkach? - zapytał, opierając się rękoma o blat stołu. Miałam go zignorować, kiedy dodał. - Ten baton był mój, bo z tego co wiem, ktoś nie je takich ,,śmieci''. Także albo wracasz i pomagasz, albo ta kaloryczna bomba wróci do mnie zamiast ciebie.
-Tu mnie masz. - podniosłam ręce i podeszłam do stołu, próbując szybko uwinąć się z odkładaniem rzeczy na miejsce. Nie ufałam Michałowi, dlatego baton znalazł się w kieszeni moich spodni, z której na pewno nie zniknąłby w niewyjaśnionych okolicznościach, jak stałoby się, gdybym położyła go na blacie. Już nieraz to przerabiałam i tym razem postanowiłam wyciągnąć z tego wnioski.
-Nie jesteś na diecie? - zapytał, kiedy rzuciłam w jego stronę paczkę płatków śniadaniowych.
-Chyba nie muszę. - powiedziałam, chowając do lodówki ser żółty i mleko. Stanął obok mnie i zaczął podawać mi warzywa, które chowałam do dolnych szufladek.
-Nie było tak źle? - zapytał. Siegając po trzymaną przez niego w dłoniach sałatę rzuciłam szybkie spojrzenie na jego twarz. Kto jak kto, ale Michał znał mnie na wylot i wiedział, że ta cała dieta była tylko po to, abym czuła się lepiej wśród obcych ludzi i mogła odhaczyć nadwagę, jako powód mojego odrzucenia przez rówieśników. Już razm kilkanaście kilo więcej porządnie mi zaszkodziło, jeżeli chodziło o życie towarzyskie i tym razem również bałam się, że może znów do tego dojść.
-Wiesz, jedna dziewczyna jest całkiem spoko. Ma mnie zaznajomić ze szkołą, poza tym spędziłam z nią całe popołudnie.
-Yhm. A co masz na myśli, mówiąc ,,spoko''? - zapytał, kiedy odłożyliśmy już ostatnie zakupy na miejsca.
-Bardzo miła, ale bardzo gadatliwa, choć patrząc na moją małomówność, chyba będzie z nas dobry duet. Wiesz - ona gada, ja słucham.
Zaśmiał się w odpowiedzi.
-Faktycznie, duet doskonały.
Wchodziłam już po schodach na górę, kiedy nagle sobie o czymś przypomniałam.
-Hej, a gdzie ty byłeś cały dzień?
-Pracy szukałem, a potem tak pozwiedzałem.
-Pozwiedzałem... - powtórzyłam za nim, chcąc wyciągnąć z niego coś więcej, ale minął mnie i zniknął mi z pola widzenia. Tak naprawdę nie spodziewałam się czegoś innego, w końcu rzadko kiedy był w nastroju do zwierzeń, a im bardziej się go do czegoś przyciskało, tym mniej wyjawiał. Przez prawie 18 lat życia pod jednym dachem już do tego przywykłam, choć czasem stawało się uciążliwe.

Po powrocie mamy zjedliśmy kolację, słuchając jej opowieści na temat ludzi z pracy. Później Michał stwierdził, że woli zostawić ,,dwie plotkary'' i siedziałyśmy obie w kuchni jeszcze jakąś godzinę, podczas której ja opowiadałam o swoim dniu. Niestety zegar przypominał mi, że pora przygotować się do pierwszego, prawdziwego szkolnego dnia.

Gdy budzik zadzwonił mi o 6:30, na początku nie wiedziałam, co się dzieje. Na automacie ubrałam się w przygotowane poprzedniego wieczoru ciuchy, umyłam zęby, ogarnęłam włosy, wiążąc je w zwykły kucyk i nałożyłam podkład, zauważając pojawienie się paru nieproszonych gości na moim czole. Z plecakiem na ramieniu, zbiegłam na dół, żeby zrobić sobie śniadanie. Nie wyobrażałam sobie, abym podczas godzin lekcyjnych przeżyła na samym powietrzu. Wyciągnęłam z szafki niegazowaną, małą wodę i wrzuciłam ją do plecaka. Wciąż śpiąca, nie czułam nawet głodu, dlatego wyszłam z domu o pustym żołądku, a po chwili czekania wraz z kilkoma osobami na przystanku, zapakowałam się do mojego autobusu. Oparłam się głową o szybę i zmrużonymi oczami spoglądałam na budzący się ze snu Wrocław. Ludzie śpieszyli się każdy w swoją stronę, ktoś zaspał i właśnie przegapił swój transport...
-A witam koleżankę! - nagle tuż obok mnie pojawiła się Majka. - Tak sobie pomyślałam, że przez pewien czas będę jeździła Twoją linią, żeby ci pomóc wszystko ogarnąć.
-Wow.- powiedziałam zdziwiona, bo zabrakło mi słów. - To miło z Twojej strony, dzięki.
Co jak co, ale nie spodziewałam się, że specjalnie, abym czuła się lepiej wchodząc w mury nowego liceum, będzie jeździła innym autobusem, a potem przesiadała się w połowie drogi, bo mój autobus nie odwiedzał jej dzielnicy. Zrobiło mi się... miło. Zdziwiona zaobserwowałam, że nawet o tak wczesnej porze, Majka ma wiele tematów do omówienia.
-...i ma dwójkę rodzeństwa, jej brat skończył w zeszłym roku szkołę i jest na Politechnice. - dotarło do mnie zdanie wyrwane z kontekstu. Mrugnęłam kilka razy wyrywając się z dziwnego otępienia, spowodowanego pewnie tym, że nie było jeszcze nawet 8. Wysiadłyśmy z autobusu, a ja miałam nadzieję, że nie zapyta mnie o coś, co przed chwilą mi powiedziała, bo wydałoby się, że nie do końca jej słuchałam, a nie chciałam przecież, żeby się obraziła.
-Aha. A co studiuje? - zapytałam, w ogóle nie zainteresowana bratem tamtej dziewczyny, ale próbując udawać, że słuchałam wszystkiego, co mówiła.
-Nie jestem pewna, wiesz? Dowiem się najwyżej i ci powiem.
Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będzie coś, czego Majka wiedzieć nie będzie. Weszłyśmy do szkoły i chwilę później zadzwonił dzwonek. Lekcje, jak to lekcje, były strasznie nudne, choć nauczyciele wykazywali odrobinę zainteresowania wobec mojej osoby i zadawali mi masę pytań, typu : gdzie się wcześniej uczyłam i czy podoba mi się w nowej szkole. Na przerwach, poznawałam osoby z mojej klasy, głównie jej damską część, bo zauważyłam, że chłopacy trochę się od płci przeciwnej izolują. Kiedy każda damska twarz połączyła mi się wreszcie w myślach z imieniem, zaczęłam z pomocą koleżanek i niezastąpionej Majki,  zapoznawać się z kolegami z klasy. Wydawało mi się, że wszyscy dobrze mnie przyjęli i chyba zdałam egzamin na dołączenie do ich grupy.
Po pięciu lekcjach, które minęły mi bardzo szybko, poszłam z Majką do szkolnego sklepiku, a potem słuchając, jak papierek od zakupionego batonika szeleści w jej dłoniach, wyszłam z nią ze szkoły. Niedaleko, koło jednej z ustawionych na placu ławek, siedziała grupka chłopaków. Wśród nich zauważyłam charakterystyczną czuprynę Tomka.
-Ty, a kto tam siedzi? - zapytałam z czystej ciekawości, zerkając ukradkiem na ich twarze.
-Tam? - spojrzała w ich stronę. - No jest Tomek, ale jego już chyba znasz. Poza tym taki Maciek, to ten z grzywką na oczach. A ten do niego podobny do jego kuzyn, Paweł.
-A ten w koszuli w kratkę? - zapytałam, jednocześnie przetrawiając, jak nazywali się dwaj skejci z galerii, którzy towarzyszyli Tomkowi, kiedy spotkałam ich pierwszy raz.
-On ma chyba na imię Radek, ale nie dam sobie głowy uciąć.
-Wyrośnięty taki.
-Bo on już po szkole. - zaśmiała się. - Studiuje coś chyba. Ten stojący obok niego też, ale nie wiem jak się nazywa.
-Niezła ekipa. - podsumowałam, kiedy na nas popatrzyli. Miło było zauważyć, że na głowach znajomych Tomka nie było już śladu po wełnianych czapkach. Szybko odwróciłam jednak wzrok nie chcąc, żeby wiedzieli, że się im przyglądałam.
Byłyśmy kawałek dalej, kiedy usłyszałam:
-To kiedy na tą kawę?
-Następnym razem! - odkrzyknęłam, w stronę szczerzącego zęby chłopaka, który jaki się dowiedziałam od Majki, miał na imię Maciek.
-Ej, już raz to słyszałem! - zawołał, udając oburzenie. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami i chwilę potem zniknęłam za zakrętem. Myślałam, że będę miała spokój, kiedy poczułam uszczypnięcie. Spojrzałam w stronę Majki, która chciała najwyraźniej zwrócić na siebie moją uwagę.
-Czemu pytałaś, jak się nazywają, skoro ich znasz?- zapytała, by po chwili dodać. - Skąd ty w ogóle ich znasz?
-Spotkałam kiedyś trójkę w galerii, ale nie znałam ich imion.
-A co z tą kawą? - zapytała, nadal próbując połączyć fakty.
-Jeden z nich potrącił mnie i w ramach rekompensaty za ból w ramieniu otrzymałam zaproszenie na ten kofeinowy napój.
-Pachnie mi to Maćkiem. - powiedziała, powodując wybuch śmiechu z mojej strony. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc, co mnie tak bawi. -Co?
-Wątpię, żeby kawa pachniała jak Maciek. - wyjaśniłam jej, uspokajając się. - Sorry, to moje głupie poczucie humoru.
-Chyba się przyzwyczaję. - odpowiedziała mi, z szerokim uśmiechem.
Jechałyśmy już autobusem i za chwilę miałam wysiadać.
-Uważaj na Maćka, to straszny podrywacz. Za bardzo cię lubię, żebyś miała być jego kolejnym trofeum, którym szybko się znudzi.
-Spokojna głowa. Kolesie tego typu raczej mi się nie podobają. - pomyślałam o jego wyglądzie z galerii, a potem weszłam do domu, w którym unosił się zapach zapiekanki warzywnej. Zdziwiona, zajrzałam do kuchni, gdzie prawie padłam z zaskoczenia, bo oto przy kuchence stał mój brat, który mieszał coś w garnku i podśpiewywał do lecącej w radiu piosenki. Spojrzał na mnie, nie rozumiejąc. Nie odpowiadając na zadane mi pytanie, które widziałam w jego niebieskich oczach, poszłam na górę, próbując sobie jakoś sensownie wytłumaczyć to, że mój brat, który gotował przeważnie same dania z puszki, nagle zabrał się za coś innego i to w ogóle do tego nie zmuszany.
*
Ok, ok, obiecuję, że akcja nabierze tempa już niebawem. ;)
Kolejny post we wtorek lub środę, nie jestem jeszcze pewna. Jeżeli post powstanie wcześniej, dodam EDIT pod tym postem i się dowiecie. :)  Chodzi o to, że we wtorek może nie dam rady go dodać bo... zaczynam kurs prawa jazdy i akurat w ten dzień jest pierwsze spotkanie. ;) Uwaga, uwaga, justberrry już niedługo będzie podbijać polskie drogi!

Co chcę powiedzieć w tym komentarzu odautorskim...
Bądźmy silne! Wiem, że poniedziałek, już tak wyraźnie rysujący się w naszych kalendarzach będzie dniem nie tak ciężkim, jak każdy kolejny. Ale damy radę, czemu miałybyśmy nie dać? Moja szkolna kariera właśnie w tym roku ma już się skończyć i pewnie będzie niezły zapierdziel, ale tyle lat nauki chyba mnie do tego przygotowało. ;)
 A jak sobie pomyślę, że wrzesień będzie dla mnie miesiącem nie tylko wypełnionym szkołą, ale i wykładami dot. jazdy i zastrzykami w moje ukochane, kontuzjowane kolanko, to aż się doczekać nie mogę. Czeka mnie seria zastrzyków, a kolejki u ortopedy są tak nieziemskie, że pewnie trochę tam posiedzę. A potem jakoś przykuśtykam na trochę zesztywniałej nodze przez pół miasta do domu. ;)

Także pozdrawiam wszystkich ze zdrowymi kończynami i życzę powodzenia w nowym roku szkolnym, oraz ( co ważniejsze) - życzę jak najlepszych tych ostatnich dwóch dni wakacji. Nie zmarnujmy ich!

Dostałam dwie nominacje do The Versatile Blogger. Odpowiem na nie do następnego rozdziału. :)

Boże. Już teraz mam ciągotki, żeby wcisnąć tu jakiegoś prawdziwego siatkarza, to chyba uzależnienie? Nie wiem co robić. 

EDIT: Post w środę, o 15 :)

środa, 28 sierpnia 2013

Rozdział trzeci

Spojrzałam w brązowe, jeszcze większe niż zawsze oczy, podkreślone lekko czarną kredką. Były przerażone. W ogóle całokształt obserwowanej postaci powodował jeszcze większy ścisk w żołądku. Biała bluzka z podwiniętymi do łokci rękawami, czarne spodnie i płaskie buty. Ciemnobrązowe, prawie czarne włosy opadały na plecy delikatnymi falami. 
Widok samej siebie w odbiciu lusterka jakoś nie podniósł mnie na duchu. Zaczęłam zastanawiać się, jak jest w tej mojej nowej klasie. Czy ubranie butów na płaskim będzie przeżytkiem, może powinnam ubrać jakieś wyższe buty? Można kłamać, że wygląd się nie liczy, ale ważne jest pierwsze wrażenie, a ja nie chciałam dać plamy.
Myjąc zęby, bo czas nieubłaganie uciekał, czułam rosnącą w gardle gulę. Z nerwów ledwo byłam w stanie przełknąć ślinę.
-Dasz sobie radę Lena, dasz... - zaczęłam cicho mówić do przerażonej dziewczyny w lustrze, która jednak nie zmieniła wyrazu twarzy.
-Ja rozumiem, że się denerwujesz, ale na litość boską, ten dom ma tylko jedną łazienkę, a ja jej pilnie potrzebuję, więc może porozmawiaj ze swoim odbiciem w łyżce, czy coś? - usłyszałam zaspany głos, lekko przytłumiony przez zamknięte drzwi. Nie chcąc uprzykrzać mu życia, otworzyłam drzwi, żeby ujrzeć opartego o framugę brata w białej bluzce na ramiączkach i kolorowych bokserkach. Jego włosy sterczały każdy w inną stronę, a zarost z jakichś dwóch tygodni razem z całą resztą sprawiał, że wyglądał jak młodociany menel.
-Strasznie wyglądasz. - zaśmiałam się, czując, jak stres powoli odchodzi na dalszy plan.
-Ty też. - powiedział nawet nie patrząc i zamykając za sobą drzwi. Pokręciłam głową i zeszłam na dół, zmienić buty.

Wakacje minęły mi bardzo szybko, na praktycznym nicnierobieniu. Moje wychodzenie z domu polegało albo na wycieczce ,,krajoznawczej'' i orientowaniu się gdzie co można kupić, albo odwiedzaniu basenu czy bieganiu. Kilka razy grałam z Michałem w tenisa i dzięki tym wszystkim czynnościom nie bardzo się nudziłam. Odwiedziłam nawet bibliotekę, żeby mieć co czytać i jakoś to wszystko zleciało. A teraz trzeba było stawić czoła obcym ludziom, z którymi będę zmuszona przebywać aż do matury. Ten szmat czasu mnie przerażał.

Buty na platformie, które ubrałam po zastanowieniu, może dodawały mi  kilkunastu centymetrów wzrostu, ale na pewno nie były dobrym pomysłem. Czułam, że moje nieprzyzwyczajone do nich nogi odmówią posłuszeństwa podczas drogi powrotnej, ale nie bardzo chciałam o tym myśleć. Wsiadłam w jeden z miejskich autobusów, a po chwili jazdy byłam na miejscu.W moim polu widzenia pojawił się budynek z czerwonej cegły, porośnięty bluszczem i już dosyć znajomy. Kilka dni wcześniej przyszłam zapytać o spis książek i jakieś informacje, gdzie mam przyjść na rozpoczęcie i o której ono będzie. Teraz poinstruowana wmieszałam się w tłum ludzi, którzy rozglądali się tak jak ja, tyle tylko, że sądząc po ich wyglądzie i zmieszaniu na twarzy, oni byli ,,pierwszakami''. W grupie zawsze raźniej, szkoda tylko, że musiałam przechodzić przez to sama. Mimo iż już raz spotkała mnie taka sytuacja i musiałam dołączyć do już pogrupowanej klasy, nie przyzwyczaiłam się do tego i liczyłam na łut szczęścia.

,,No Lena. Musisz być twarda, a nie miętka'' – powiedziałam do siebie w myślach i złapałam za klamkę do klasy numer 15. Od razu zwróciło się ku mnie jakieś dwadzieścia par oczu i tylko wychowawczyni, stojąca przy biurku uśmiechnęła się do mnie, wiedząc, kim jestem.
-Dzień dobry. - powiedziałam, nie wiedząc, czy reszcie klasy powiedzieć ,,cześć'', czy może lepiej się nie odzywać. Postanowiłam zostać przy tej drugiej opcji.
-Dzień dobry, dzień dobry. - powiedziała wciąż się uśmiechając kobieta, podchodząc do mnie i prowadząc mnie na środek klasy. Mogła mieć coś ok. 50. lat, a jej ciepłe spojrzenie przypominało mi moją babcię i wiedziałam już, że ją polubię.
-Kochani, to nasza nowa uczennica, będzie nam towarzyszyć przez ten ostatni rok liceum- Lena Zawadzka.
-Cześć wszystkim. - powiedziałam, czując się niezręcznie. Nigdy nie lubiłam być w centrum zainteresowania.
-Mam nadzieję, że przyjmiecie ją ciepło i pokażecie, co i jak. Maja, mogłabym cię prosić o zaopiekowanie się koleżanką, przynajmniej przez jakiś czas? - powiedziała nauczycielka, spoglądając na dość wysoką blondynkę, siedzącą w czwartej ławce przy oknie. Miała niebieskie oczy, a jej włosy były zawinięte w niedbały kok na czubku głowy.
-Oczywiście pani profesor. - odpowiedziała, uśmiechając się, a w jej policzkach pojawiły się dołki.
-To może się jeszcze wszyscy przedstawicie, zanim Lena usiądzie? Zacznij, Kamil.
Po kolei przesuwałam spojrzeniem po odzywających się ludziach, starając zapamiętać jak najwięcej imion. Wiedziałam, że większość wyleci mi z głowy zanim wyjdę ze szkoły. W pewnej chwili zdziwiłam się, widząc jedną znajomą twarz. Na końcu sali, w rzędzie przy drzwiach siedział chłopak, który pomógł mi w sklepie papierniczym pozbierać rozsypane długopisy i ołówki. Chyba również mnie poznał, bo uśmiechnął się, mówiąc:
-Cześć, jestem Tomek.
Odpowiedziałam czymś w rodzaju uśmiechu, wciąż obejmowana ramieniem przez wychowawczynię.
Kiedy ostatni chłopak skończył mówić, usiadłam obok Mai, która od razu odwzajemniła mi się uśmiechem. Każdy z nas dostał plan lekcji, a po kilku niezbędnych informacjach, typu : ubezpieczenie, mogliśmy rozejść się do domów. Według planu następnego dnia mieliśmy tylko 5 lekcji i czułam, że to dobry początek roku szkolnego. Wraz z wyjściem na korytarz w tłum innych uczniów, poczułam jak schodzi ze mnie napięcie. Pchnęłam drzwi wejściowe i odetchnęłam świeżym wrześniowym powietrzem, powolutku idąc przed siebie w niebotycznie wysokich butach.
-Hej, zaczekaj.
Zdziwiona odwróciłam się, zastanawiając, czy te słowa są skierowane do mnie. Po schodach z pewną trudnością schodziła Maja, również w strasznie wysokich butach. Kiedy wreszcie do mnie dotarła, zauważyła, że przyglądam się jej szpilkom.
-Te buty to tragedia. - pokręciła głową.
-Coś o tym wiem. - spojrzałam na swoje, wywołując na jej twarzy uśmiech.
-Chcesz być piękna to cierp, tak mówią. - skomentowała. - Nie o tym chciałam z Tobą pogadać. Znasz już trochę Wrocław?
-Jestem tu od jakichś dwóch tygodni, trochę zwiedzałam. - odparłam, gdy powoli szłyśmy przed siebie.
-A gdzie mieszkasz?
-Kwiatowa 20.
-To niedaleko. Może wpadnę po ciebie po południu? Oprowadziłabym cię i dała trochę wskazówek jak przetrwać rok z naszymi okropnymi nauczycielami?
Spojrzałam w jej niebieskie oczy z lekkim zdziwieniem, zastanawiając się, czy może się ze mnie nie nabija.
-Ale ty tak na serio? Wiem, że Domańska kazała ci się mną opiekować, ale nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz.
-Co ty głupoty gadasz. To ja poprosiłam, żebyś doszła do naszej klasy.
-Myślałam, że nikt nie wiedział o tym, że będę się z wami uczyć. - powiedziałam zdziwiona. Przeniosłam się przecież w wakacje, kiedy raczej nikt do szkoły nie chodzi.
-Musiałam przynieść jakieś papiery na stypendium i akurat wtedy w sekretariacie zastanawiali się, co z Tobą zrobić. Zaproponowałam, żebyś trafiła do nas, bo jesteśmy chyba najmniejszą klasą maturalną, a poza tym dziewczyn zawsze było nieparzyście.
-Yhm. - odpowiedziałam mało inteligentnie, bo natłok informacji i tempo, w jakim je podawała, były dla mnie niezłym wyzwaniem.
Doszłyśmy już do mojego przystanku, który pełen był uczniów czekających na swój autobus.
-Tym samym jeździsz? - zapytałam, zdziwiona, że stanęła obok.
-W sumie to innym, ale tym też dojadę. - wzruszyła ramionami.
Majka umilała mi czas oczekiwania na nasz transport, opowiadając o przygodach z zeszłego roku. Zaczęła nawet omawiać każdego nauczyciela z osobna i dawać wskazówki, u których muszę przycisnąć się do nauki, a u których wystarczy tylko pojawiać się regularnie na zajęciach i nie przeszkadzać. Kiedy autobus nadjechał i zajęłyśmy miejsca stojące, nadal dużo mówiła i poczułam, że chyba zaczynam ją lubić. Myślałam, że wszyscy w klasie od początku będą wobec mnie nieufni i może nieuprzejmi, a Majka wcale taka nie była. W ogóle wydawała mi się być spoko osobą i miałam wrażenie, że mam rację. Może trochę zbyt dużo mówiła, ale pozwalało mi to milczeć i sama nie musiałam zbyt wiele ujawniać na swój temat, co było mi na rękę. Kiedy na horyzoncie pojawił się mój przystanek, wymieniłyśmy się telefonami i umówiłyśmy się, że blondyna podejdzie pod mój dom. Co prawda Majka oferowała spotkanie się na mieście, ale nie bardzo wiedziałam, o jakie miejsce jej chodzi, dlatego też, aby uchronić mnie przed krążeniem po mieście i wypytywaniem ludzi o kawiarnię, zdecydowała, że sama mnie tam zaprowadzi.

Weszłam do domu, otulona ciszą, która towarzyszyła mi już od momentu postawienia nogi na chodniku i pierwsze co zrobiłam, to zrzuciłam z nóg te cholerne buty na platformach. Boso przeszłam się po pokojach, zaglądając do każdego, co upewniło mnie w przekonaniu, że nikogo nie ma. Mama dostała pracę, więc pewnie wróci wieczorem, a Michał... jak to Michał, zapewne poszedł szukać wrażeń. Wspięłam się po schodach na poddasze i weszłam do swojego pokoju.

Rozpięłam guziki białej bluzki, rzuciłam ją na obrotowe krzesło, stojące obok biurka. Czarne spodnie również szybko wylądowały w tym miejscu, a ja po chwili grzebania w szafie wyciągnęłam top z flagą Stanów Zjednoczonych, który kiedyś w przypływie nagłej inspiracji mojej jednej kumpeli, sama zrobiłam. DIY i te sprawy. Wciągnęłam jasne jeansy, włączając przy tym płytę Justina Timberlake'a. Kiedy z głośników mojej niedawno zakupionej wieży popłynęły dźwięki ,,Body Count'' usiadłam po turecku na moim puchatym dywaniku, też jeszcze pachnącym sklepowymi półkami i zaczęłam studiować plan, który będzie mi towarzyszyć tydzień po tygodniu.

Klasa, do której poszłam była klasą lingwistyczną. Cóż, zawsze twierdziłam, że jestem ścisłowcem, dlatego w planie widniało również dużo godzin matematyki. Nie bardzo wiedziałam, co z tym fantem zrobić i gdzie pójść po liceum. Mama starała się mnie jakoś nakierować, abym wzięła się może za księgowość? Czułam jednak, że dni wypełnione podliczaniem cyferek nie są dla mnie. Dlatego...stwierdziłam, że pójdę na filologię. Szału nie ma, zbyt dużo ludzi na to idzie i pewnie będę bez pracy, ale kurczę. Nie umiałam sobie zaplanować przyszłości. Nie wiedziałam, co chcę robić, czasami wstając rano nie miałam pojęcia co zjeść na śniadanie, a miałam decydować o swoim przyszłym życiu? To chore.

Wrzuciłam do czarnego plecaka kilka zeszytów. Stwierdziłam, że podręczników nie biorę, mogę udawać, że jeszcze nie kupiłam. Nie znałam zwyczajów panujących w klasie i nie chciałam wyjść na lizusa. Kilka długopisów i mogłam podbijać liceum. MOJE liceum. Chyba minie trochę czasu, kiedy się do tego przyzwyczaję.

Było już wczesne popołudnie, kiedy brzuch dał o sobie znać. Zbiegłam po schodach do kuchni, żeby po otwarciu lodówki usłyszeć echo.
-A miał zrobić zakupy... - westchnęłam, myśląc o bracie, który zaginął gdzieś po moim wyjściu i nadal nie wrócił. Wzięłam z najniższej półki jogurt o smaku pieczonego jabłka, za którym nie przepadałam, ale lepsze to niż nic. Po dosypaniu płatków kukurydzianych nie był taki zły i chwilę później zabiłam głód, albo lekko go przytłumiłam. Odstawiałam łyżkę do zlewu, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Zdziwiona, podeszłam do nich i ujrzałam Majkę. O jakieś dwie godzinki za wcześnie.
-Cześć. Sorry, że ja tak szybko, ale kompletnie nie miałam co robić w domu. Masz teraz czas? - spojrzała na mnie niebieskimi oczami, z miną wyrażającą zmieszanie. Ona również się przebrała – miała na sobie legginsy w jakieś kolorowe wzorki i biały T-shirt oraz małą torebkę.
-Dobra, tylko buty ubiorę. - złapałam stojące w przedpokoju czarne trampki i leżącą na półce torebkę, po czym wyszłyśmy i skierowałyśmy się w stronę przystanku, a w mojej głowie pojawiła się myśl, że wyobrażałam sobie ten dzień inaczej. Sądziłam, że po rozpoczęciu przeleżę dzień załamana w swoim pokoju, podgryzając gorzką czekoladę i użalając się nad sobą, pisząc różne czarne scenariusze, a nie to, że osoba, której praktycznie nie znam, wyjdzie poza rolę szkolnej niańki i zechce przebywać ze mną poza jej murami. Mimo, że nie miała o mnie zielonego pojęcia. Cóż... najwidoczniej ludzie potrafią zaskakiwać również i w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
*

Wiem, że akcja toczy się ślimaczym tempem, ale mam nadzieję, że po kilku wcześniejszych opowiadaniach do tego przywykliście. Bo jak się zacznie, to wszystko naraz. ;)

No i mamy już środę. Jak sobie pomyślę, że już tylko kilka dni dzieli mnie od tej masy roboty. Dobra, nic o szkole, cieszmy się ostatnimi chwilami wolności! 

Chciałam obejrzeć jakieś fajne filmy. Polecacie coś? Oprócz ,,Miasta kości'', bo to obowiązkowo pojawiło się na mojej liście. ;)

Kolejny post w sobotę. Dodaję tak rzadko, żeby zrobić sobie zapasy na rok szkolny, kiedy w środku tygodnia nie będę miała jak pisać. A, że planuję odwieszenie wakacyjnej-historii, pod koniec czy nawet po zakończeniu wakacji (o ironio), to tam też muszę zrobić sobie mały zapasik. Jeszcze nie wiem, kiedy to nastąpi, ale jeśli tak się stanie, na pewno się o tym dowiecie. :)

EDIT : AAAAAAAAAAAAA. Aga (MissJacksonn) PRZEPRASZAM. Chciałam dopomóc... i kliknęłam ,,usuń komentarz'', ten co sama próbowałaś usunąć. Odświeżam, a tu... CHOLERA JASNA.
Nawet nie zdążyłam go przeczytać, mam nadzieję, że to czytasz i choć w ułamku przybliżysz mi jego treść i wybaczysz moją niezdarność. :)

niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział drugi

Po małym rozeznaniu się w okolicy skierowałam swoje kroki do dość wyróżniającej się wśród pozostałych budynków galerii handlowej. Nie wiedząc, gdzie iść, odnalazłam jej plan i chwilę później powolutku zbliżałam się do piętra II, stojąc na zatłoczonych ruchomych schodach. Na górze jakiś chłopak wcisnął mi kupon na porcelanową miskę przy zakupie dwóch chińskich dań, zgięłam go w ręce i wyrzuciłam do kosza napotkanego w pobliżu KFC. Spoglądałam zdziwiona na ceny niektórych ubrań na wystawach. Że też ludzie wydają na jakiś gładki sweter kilka stówek? Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć. Dzięki Bogu moim oczom ukazał się sklep papierniczy. Powiedziałabym raj na ziemi. Kolory znajdujących się tam zeszytów, kalendarzy, notesów i nie wiadomo czego jeszcze aż zaklinały, aby wejść i wyjść obładowanym w te cuda. Nie dałam się im długo prosić.

W środku panował tłok. Najwidoczniej wszyscy zostawili sobie zakupy szkolne na koniec wakacji. Oglądając organizery, segregatory doszłam do wniosku, że to chyba najlepsza część szkoły. Skoro rok szkolny ma być udręką, to przynajmniej otoczę się ładnymi rzeczami.

Podliczyłam w myślach ilość zeszytów, jakie muszę kupić i zabrałam się do roboty. Wybór był tak wielki, że ciężko było mi się zdecydować. Doszłam jednak do wniosku, że i tak nie mam co robić, więc mogę równie dobrze spędzić w tej galerii cały dzień. Uzbrojona w trochę więcej pieniędzy, niż otrzymałam od rodzicielki, mogłam zaszaleć. Zapewne i tak później oddadzą mi tę część kieszonkowego, którą wydam, więc pozbyłam się jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Po chwili ilość zeszytów trzymanych na lewej ręce zaczęła mi ciążyć. Położyłam je sobie więc tuż obok różnego rodzaju organizerów i kalendarzy, w których szukałam jakiegoś, który od razu wpadłby mi w oko. Kiedy znalazłam jeden w małe kwiatuszki, stwierdziłam, że padnie ofiarą mojego zakupowego szaleństwa i wylądował na stercie rzeczy. Po drodze zgarnęłam parę długopisów, paczkę cienkopisów, okładki na zeszyty i zakreślacze. Wygięta do tyłu pod ciężarem rzeczy niesionych oburącz, zaczęłam dreptać do kasy, rozglądając się, czy o czymś nie zapomniałam. Chwilę potem na stercie wylądował również piórnik we wzór podobny do wybranego przeze mnie kalendarza. Stanęłam w kolejce do kasy, która liczyła kilka osób i uzbroiłam się w cierpliwość. Z nudów zaczęłam rozglądać się po sklepie i obecnych w nim ludziach. Moją uwagę przykuli jednak wchodzący dopiero do środka chłopacy. Było ich trzech i wszyscy wyglądali mi na jakichś skejtów. No bo jak wyjaśnić fakt, że dwóch z nich miało na głowach wełniane czapki, kiedy na zewnątrz temperatura oscylowała w granicach ok. 25 stopni? Ubrani w bluzy i jeansy ( dzięki Bogu nie te z krokiem w kolanach), śmiali się z czegoś i rozdzielili, idąc w różne działy sklepu i równocześnie znikając mi z oczu. Zaczęłam przyglądać się ludziom w kolejce i westchnęłam, kiedy kasjerka otworzyła kasę, bo skończył się papier na paragony. Ręce mdlały mi od nadmiaru wybranych rzeczy i modliłam się, aby zrobiła to jak najszybciej. Na szczęście kolejka zaczęła szybko się przesuwać i przede mną były jeszcze dwie osoby, gdy usłyszałam, że ktoś za mną stanął. Nie byłam nawet w stanie się obrócić, aby nie zachwiać tej ogromnej sterty rzeczy trzymanej w rękach. Już teraz zaczynałam się zastawiać, jakim cudem doniosę to wszystko do domu. Z głosów, które słyszałam za plecami zrozumiałam, że stoi za mnie grupka chłopaków, których obserwowałam. Rozmawiali o jakimś meczu, ale nie przysłuchiwałam się dokładnie ich rozmowie. Zamyśliłam się, a ocknęłam dopiero, kiedy kolejka znów się przesunęła, a ja mogłam wyswobodzić ręce, kładąc zakupy na ladzie. Kasjerka zajęła się ich podliczaniem, a ja zaczęłam szukać pieniędzy w kieszeniach. Nagle podnosząc zeszyt spowodowała lawinę ołówków i długopisów, które w nieopanowanym tempie zaczęły spadać z blatu tuż pod moje nogi.
-Przepraszam bardzo. - powiedziała i najwidoczniej miała zamiar wybiec zza lady i pomóc je podnosić.
-Nie, dam sobie radę. - uśmiechnęłam się do niej ciepło, a potem kucnęłam.
-Ja pomogę.
Miałam już w ręce dwa ołówki, kiedy przede mną ukazały się najpierw kolana, bluza i głowa pozbawiona wełnianej czapki. Właściciel rozczochranych włosów ( mógłby przybić sobie piątkę z moim bratem) w kolorze ciemnego blondu uśmiechnął się do mnie i spojrzał na mnie szarymi oczami. Razem zebraliśmy rzeczy w szybkim tempie, a kasjerka skasowała je, obdzierając mnie również z połowy pieniędzy. Wzięłam resztę i reklamówkę, która ważyła chyba z tonę i odwróciłam się w stronę tego, który mi pomógł. Zdziwił mnie jego wysoki wzrost, myślałam, że jest niższy, a przewyższał mnie o trochę ponad głowę.
-Dzięki. - powiedziałam tylko, a on w odpowiedzi uśmiechnął się.
-Nie ma sprawy.
Jego koledzy w wełnianych czapkach patrzyli na mnie, kiedy odwróciłam się i wyszłam.

Nie byłabym oczywiście sobą nie wstępując do Empika. Przeszłam się działami z literaturą dla kobiet i wyszłam z jedną z książek, o której ostatnio dużo słyszałam. Obładowana jak wielbłąd postanowiłam jeszcze napić się czegoś, bo w gardle miałam sucho jak na pustyni ( czy tak nie czuje się to pustynne zwierzę?). Licząc drobne w pozostałe po zakupach doszłam do wniosku, że będzie mnie stać na shake. Stanęłam w kolejce która jak na McDonalda była dość mała i czekałam na zamówienie. Kiedy otrzymałam swój kubek doszłam do wniosku, że nie dam rady pić, iść i nieść zakupów. Usiadłam na jednej z ławek przed jakimś sklepem z ubraniami i piłam powoli zimny napój. Pozostałe ławki były w większości zajęte przez facetów czekających zapewne na swoje żony lub dziewczyny – wyglądali na śmiertelnie znudzonych. Uśmiechnęłam się na ich widok, bo zawsze wydawało mi się to zabawne, wyglądali, jakby byli tu za karę. Sama dobrze pamiętam każde zakupy z ojcem, które się już raczej nie powtarzają, ale zawsze na jego twarzy gościł wyraz znudzenia i rozpaczy.

Jakieś 10 minut i shake później wstałam i ruszyłam w stronę wyjścia z galerii, po drodze kątem oka spoglądając na wystawy. Niektóre ubrania wręcz mnie wołały, ale nie miałam już pieniędzy,a mierzenie ich i oglądanie bez możliwości zakupu... jest jak machanie psu przed nosem kiełbasą, której i tak nie zje.
Potrząsnęłam głową, kiedy nagle z myśli wyrwało mnie szarpnięcie w lewej ręce.
-Hej, może byś tak uważał? - mruknęłam, jednak nie na tyle cicho, żeby chłopak, który mnie potrącił, tego nie dosłyszał. Spojrzałam na trójkę, która próbowała mnie wyminąć i najwyraźniej nie planowała zrobić tego niezauważenie.
-Przepraszam panią najmocniej. - odpowiedział jeden, któremu grzywka, przyklepana przez wełnianą czapkę praktycznie zakrywała oczy.
-Nie dziwię się, że mnie nie zauważyłeś. - mruknęłam spoglądając na jego włosy, co spowodowało śmiech pozostałych. Ruszyłam przed siebie, słysząc za sobą kroki
-W ramach przeprosin może jakaś kawka? - zapytał, idąc tuż za mną.
-Właśnie pochłonęłam shake, może innym razem. - odpowiedziałam, próbując się wyrwać.
-Ok, ale następnym razem się nie wymigasz. - mrugnął i dołączył do reszty kolegów.

Wyszłam z galerii, myśląc, że następnego razu nie będzie. Wrocław to duże miasto, nie ma szans, żebyśmy ot tak na siebie wpadli.

Mimo to, humor trochę mi się poprawił. Sytuacja, która mnie spotkała była miła, a ostatnim razem, kiedy ktoś obcy tak uprzejmie się do mnie od nosił... nawet nie pamiętam, kiedy tak było. Cóż, takie było moje życie, już się chyba z tym pogodziłam, ale każde odrzucenie bolało. Jak na zawołanie przypomniały mi się moje przyjaźnie, które bardzo szybko się kończyły. Wystarczyło, że rodzice znajomych stwierdzali, że nie jestem odpowiednią osobą i ich dzieci nie mogą ze mną spędzać czasu. Przykre było to, że ci, których nazwałam przyjaciółmi tak po prostu się ode mnie odwracali. Myślałam, że znają mnie na tyle, żeby wiedzieć, że jestem inna.

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego wszyscy tak źle oceniali mnie, Michała i moją mamę. Dlaczego musieli stosować wobec nas jedną miarkę? Każdy sam pracuje na swoje życie i nie powinien być potępiany za błędy kogoś z nim spokrewnionego. Ale tak niestety było i nie dało rady tego zmienić. Wystarczyło, że mój ojciec ,,zaszalał'', narobił kłopotów, nie myśląc, że skutki jego czynów wpłyną także na nas. Jeżeli ktoś dobrze nas znał, powinien wiedzieć, że nigdy nie zrobilibyśmy czegoś takiego, jak on. Szkoda tylko, że strach i złość blokowała ludziom racjonalne myślenie.

Otworzyłam drzwi do domu, ściągnęłam buty w przedpokoju i weszłam do kuchni, w której przy kawie siedziała moja mama. Ubrana, umalowana wyglądała o niebo lepiej, niż w ciągu ostatnich kilku tygodni, kiedy była po prostu cieniem człowieka.
-Widzę, że zakupy się udały. - skomentowała moją wypchaną po brzegi reklamówkę. Zauważyłam, że część zeszytów w twardej oprawie próbowała swoimi rogami przebić się na wolność. Ona chyba też to zauważyła.- To cud, że to wszystko doniosłaś.
-Też jestem w szoku. Chcesz zobaczyć? - uśmiechnęłam się do niej, a ona przytaknęła.
Na stole wylądowały wszystkie artykuły szkolne, wraz z książką i kalendarzem. Kiedy już obejrzała wszystko, zaczęła pytać mnie o wrażenia dotyczące miasta, sklepów i ogólnie okolicy.
-W porządku. A ty jak, przygotowana na rozmowę o pracę? - zapytałam, upijając łyk z jej kawy. - Błe, ale to słodkie. Syp mniej cukru.
-Zrób sobie swoją cwaniaku. - odpowiedziała, zabierając mi kubek. - Gotowa. Boję się trochę, ale chyba będzie ok. Zaraz wychodzę.
-Dostaniesz tę robotę, jesteś najlepszą księgową na świecie. Ja trzymam kciuki. - mrugnęłam. Zabrałam rzeczy i zgięta pod ich ciężarem weszłam po schodach do pokoju. Rzuciłam je byle jak na łóżko i zmęczona tym wyczynem położyłam się na nim, czując jak długopisy gniotą mnie w plecy.

Musiałam przyznać, że zaczynało mi się w tym miejscu podobać. Może dużo zależy od nastawienia, leżeli człowiek myśli pozytywnie, to chyba lepiej mu się układa. Przypomniałam sobie, jak jeszcze jakiś czas temu cały czas kłóciłam się z mamą o każdy drobiazg, jakby winiąc ją w pewnym sensie za to, co działo się z naszą rodziną. Z perspektywy czasu wiedziałam, że byłam niesprawiedliwa. Zdecydowałam, że przeprowadzka jest dobrą okazją do zmiany nastawienia. Jeżeli było jej ciężko, bo każdy z nas przeżywał to na swój sposób, to przecież nie było sensu, żeby jeszcze dokładać jej zmartwień. W trudnych chwilach każdemu potrzebne jest wsparcie, a rodzina chyba powinna tę potrzebę zaspokajać.

Mimo to nie mogłam czasami nie być zła na ojca. Gdyby nie on, nadal mieszkalibyśmy w jednej z dzielnic Warszawy, chodziłabym z przyjaciółkami do kina, a w wolnym czasie jeździłybyśmy po mieście, ot tak bez celu. Miałabym z kim się pośmiać i nie musiałabym się bać o opinię innych ludzi, bo dziewczyny by mnie wspierały. Zawsze tak było. Ale kiedy wszystko wyszło na jaw i zaczęły się nasze problemy, zaczęły znikać. Wymawiać się jakimiś pilnymi do zrobienia rzeczami. Na początku nie chciałam wierzyć, że moje przyjaciółki, z którymi stawiałam czoła szkolnej rzeczywistości od jakichś 9 lat, nagle przestaną ze mną przebywać. Wierzyłam im, bo miałam do nich nieograniczone zaufanie, które jednak zawiodły, nie chcąc w twarz powiedzieć mi, dlaczego mnie unikają. Przejrzałam na oczy dopiero pewnego dnia, kiedy jak zwykle musiały pomagać rodzicom, czy coś w tym rodzaju. Z nudów postanowiłam wybrać się w miejsce, gdzie przeważnie chodziłyśmy, do naszej ulubionej kawiarni. Przechodziłam koło jej ogromnego okna, aby w środku dostrzec... moje przyjaciółki. Pamiętam, że w oczach zakręciły mi się łzy, nie chciałam jednak robić scen. Po prostu otarłam je rękawem mojej bluzy, a potem wsiadłam w odpowiedni autobus, który dowiózł mnie do domu. I tak kontakt się urwał. Nie miałam ochoty z nimi rozmawiać, a one już dawno nie miały na to czasu i chęci. Z przyjaciółek, które nie potrafiły spędzić bez siebie dnia, stałyśmy się całkiem obcymi ludźmi. W szkole jedna z nich, Sara, już ze mną nie siedziała. Cała klasa spoglądała na mnie jak na trędowatą. Miałam dość takiego życia i praktycznie każdego dnia, po powrocie, płakałam w poduszkę. Podobna sytuacja spotkała mnie już w liceum, tyle że zaczęło się o wiele lepiej, bo poszłam do pierwszej klasy razem z ludźmi, którzy nie znali siebie nawzajem, nie musiałam się więc bać, że rozbiję jakąś paczkę i stworzyłam swoją. Szkoda tylko, że była tak nie trwała jak ta z czasów podstawówki i gimnazjum.

Nigdy nie pytałam Michała, jak on czuł się, kiedy na jaw wyszła cała ta afera, a naszą rodzinę zaczęto traktować z pogardą. Akurat kiedy przeprowadzaliśmy się po raz pierwszy, zaczął studia ale chyba nie było zbyt kolorowo, bo postanowił wyprowadzić się razem z nami, choć już wynajmował mieszkanie z przyjacielem. On nie wracał do tego tematu, ja też nie chciałam. I miałam nadzieję, że nie będę musiała przechodzić tego wszystkiego od początku.

Miałam jednak głupie wrażenie, że w naszym przypadku potwierdzi się powiedzenie ,, do trzech razy sztuka''.
*
Kolejny rozdział w... środę. Też o 11.

Komentarz nikły, przepraszam, ale to z powodu braku czasu. ;) Po prostu przecieka mi między palcami, poza tym za chwilę muszę zabrać się do roboty, bo mnie mama popędza, a jej lepiej nie podpadać. ;)

A kolejny tydzień wakacji zleciał, jeszcze jeden i zaczyna się nasza (szara?) szkolna rzeczywistość. Albo studia. ;)  Uświadomicie mnie, do jakiej klasy się wybieracie, czy na którym roku studiów jesteście? Chcę mieć wszystko poukładane. ;)
Przy okazji pozdrowię wszystkich, których teraz jak mnie czeka maturalna. :)


czwartek, 22 sierpnia 2013

Rozdział pierwszy

Kiedy wróciłam do domu, zegar w kuchni wskazywał 8 rano. Wspięłam się po schodach na poddasze, a potem weszłam do swojego pokoju. Ogarnęłam spojrzeniem bałagan, jaki się w nim znajdował – wprowadziliśmy się dopiero przedwczoraj, więc nadal nie zdążyłam wszystkiego wypakować. Zakupiona dzień wcześniej szafa świeciła pustkami. Korzystając z sobotniego ranka i tego, że reszta rodziny jeszcze spała, zabrałam się do roboty.

Otworzyłam pierwsze lepsze pudełko, aby znaleźć w nim spodnie. Ogólnie kartonów z ciuchami miałam niewiele – 3 czy 4. Wyprowadzaliśmy się w pośpiechu, więc wybrałam tylko te ubrania, w których chodziłam, reszty nie było sensu zabierać. Kiedy zobaczyłam dno pudełka, zabrałam się za otwieranie kolejnych. Po jakiejś godzinie szafa prezentowała się lepiej – po znalezieniu wieszaków z kurtkami i bluzami oraz ułożeniu butów. Puste kartony zabrałam złożone w kąt, zabierając się za resztę. Kiedy wypakowywałam kilka ulubionych książek, białe drzwi do pokoju otworzyły się i pojawiła się w nich głowa mojej mamy.
-Lenka, jadłaś coś? - powiedziała lekko zachrypniętym głosem, zawinięta w szlafrok.
-Nie, mamo, nie jestem głodna.
-Wiesz, że musisz coś zjeść. - powiedziała z wyrzutem.
-Jak skończę to na pewno coś przekąszę. - odpowiedziałam, odwracając się do niej plecami i kontynuując pracę. Po chwili usłyszałam cichy dźwięk zamykanych drzwi. Kiedy książki ładnie prezentowały się w mojej nadal świecącej pustkami biblioteczce, zabrałam się za rozpakowywanie innych drobiazgów. Mojego szczęśliwego misia rzuciłam na łóżko, płyty położyłam na podłodze, nie wiedząc co z nimi zrobić, ponieważ jeszcze nie miałam wieży, w której mogłabym je odtwarzać. Znalazłam torbę z laptopem w środku i ułożyłam ją na biurku. Prawie skończyłam rozpakowywanie, kiedy drzwi znów się otworzyły i do pokoju weszła mama z kanapką i sokiem. Postawiła je na biurku, a potem wskazała palcem nic nie mówiąc.
-Mówiłam, że nie jestem głodna.
Spojrzała na mnie, krzyżując ręce.
-Dzięki.
Ta odpowiedź chyba ją usatysfakcjonowała, bo odwróciła się i wyszła, wcześniej nieudolnie ukrywając wyraz triumfu na twarzy. Uśmiechnęłam się mimowolnie i zabrałam za jedzenie. Czy to nie dziwne, że zawsze kanapki zrobione przez kogoś smakują o niebo lepiej, niż te zrobione własnoręcznie?
Moje rozmyślanie nad tą kwestią przerwał brat, który wtargnął do pokoju. Jego ciemne, lekko kręcące się włosy jak zawsze były rozczochrane, a grzywka opadała mu na czoło. Zawsze dziwiłam się, że jej nie obcina, ale w połączeniu z zarostem chyba dawała rezultaty, bo nie mógł opędzić się od dziewczyn.
-Jedziesz ze mną na zakupy?
-A kupisz mi coś? - zapytałam, jak za wcześniejszych lat. Był ode mnie 5 lat starszy i choć nie zawsze się zgadzaliśmy, to z wiekiem zaczęło się to zmieniać na lepsze.
Michał uśmiechnął się tylko i machnął ręką w stronę korytarza. Otrzepałam się z okruszków, które pozostały na mojej bluzie po śniadaniu i wyszliśmy na chłodne powietrze. Wsiedliśmy do jego rzęcha, zakupionego za marne pieniądze. Kiedy po drugim razie silnik nie zaskoczył, mruknęłam:
-Stare, ale jare?
W odpowiedzi popatrzył na mnie niebieskimi oczami i przekręcił klucz w stacyjce po raz trzeci. Całym autem wstrząsnęło, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
-Coś mówiłaś mała?
Wyjechaliśmy na główną ulicę, kierując się w stronę centrum, jak wielu mieszkańców tego dnia. Po jakimś czasie dojechaliśmy do marketu i lawirowaliśmy po parkingu, szukając jakiegoś skrawka asfaltu do zaparkowania.

Wyszłam z auta i stanęłam z rękoma w kieszeniach, a chwilę potem i on trzasnął za sobą drzwiami, które wyglądały, jakby zaraz miały odpaść. Obserwowałam go, jak wyciąga z kieszeni paczkę papierosów i odpala jednego. Spojrzał na mnie i znów zaczął szukać po kieszeniach, a potem mało nie zabił mnie rzuconą monetą.
-Idź po wózek, zaraz przyjdę.
Odwróciłam się więc na pięcie, włączając w tłum zakupowiczów, po drodze łapiąc pierwszy lepszy wózek. Regały były wypełnione kolorowymi opakowaniami, które jakby przekrzykiwały siebie, kusząc piękną zawartością. I kaloryczną. Przemknęłam przez dział ze słodyczami, nawet się nie rozglądając. Musiałam być twarda. Starałam się je ograniczyć, a oglądanie czekolad i batoników chyba w tym nie pomagało.
Zwolniłam dopiero w dziale z pieczywem, rozglądając się za Michałem. I nigdzie go nie zauważyłam. Zajęłam się przeglądaniem pieczywa, kiedy do wózka wpadła lawina kolorowych opakowań. Już myślałam, że ktoś pomylił koszyki, kiedy za plecami dostrzegłam Michała. Zlustrowałam przyniesione przez niego produkty.
-Czy ty chcesz mnie dobić? Czekolada?
-I ciastka z ziarnami, Twoje ulubione. - mrugnął. Popatrzyłam na niego z wyrzutem, ale stwierdziłam, że nie warto niczego mu tłumaczyć. Taki już był, robił co chciał, często nie słuchając mojej opinii.
-Dzięki za wsparcie. - powiedziałam tylko, myśląc o mojej decyzji niejedzenia słodyczy, która wyparowała wraz z momentem dostrzeżenia tych wszystkich słodkości.
-Przecież nie musisz się odchudzać, Lena. - próbował złapać moje spojrzenie, ja jednak rozglądałam się po regałach.
-To zdrowy tryb życia, nie odchudzanie.
-Yhm.
-Na serio.
Spojrzał na mnie z miną ,,ja wiem lepiej''. Poczułam, że muszę się wytłumaczyć.
-Nie dopuszczę do takiej sytuacji jak kiedyś. Nigdy więcej. Mam więcej zmartwień.
-Przecież wiesz, że tamci ludzie czepiali się nas z innego powodu. To czy miałaś 5 czy 10 kilo więcej nie miało na to wpływu. Było tylko pretekstem, żeby ci dopiec.
-Nieważne. - mruknęłam. - Nie chcę do tego wracać, ok?
-Wydaje mi się, że akurat my nie mamy tu nic do powiedzenia.
Popatrzyłam na jego twarz, przez którą przebiegł grymas złości.
-Dobra, nie gadajmy o tym. Nie pozwólmy przeszłości zniszczyć naszej przyszłości.

Ramię w ramię pchając wózek zrobiliśmy zakupy, a później ledwo co dotaszczyliśmy je do bagażnika jego ledwo trzymającego się auta. Zapięłam pasy, które się zacinały i uderzając w odświeżacz powietrza wiszący na lusterku, w kształcie rękawicy bokserskiej, zapytałam:
-Jak ty na tego rzęcha wyrywasz dziewczyny? Nie uciekają z krzykiem?
-Wyobraź sobie, że tak zwane ,,blachary'' mnie nie interesują. Mają kochać mnie, a nie moje auto.
-Ok, ok. - uśmiechnęłam się na jego odpowiedź.
Wyjechaliśmy z parkingu i w żółwim tempie zbliżaliśmy się do drogi głównej.
-Jakieś plany na dzisiejszy dzień?
-Raczej nie.
-Tydzień?
-Nie sądzę.
-A na życie jakieś plany masz?- spojrzał na mnie, kiedy czekaliśmy na naszą kolej na rondzie.
-Przeżyć maturalną. - uniosłam kącik ust w odpowiedzi, spoglądając przez boczną szybę.
-Ambitne. - zaśmiał się. - Takie trochę nie w Twoim stylu.
-Może jak poznam jakichś ludzi, to trochę zmienię swoje plany, na razie nawet nie wiem, gdzie tutaj co jest.
-Zaklimatyzujemy się, zobaczysz. Już dwa razy nam się udało, to uda i trzeci, nie?
-Yhm.
Resztę drogi domu przebyliśmy w towarzystwie muzyki sączącej się z radia. Po rozpakowaniu zakupów nie miałam już nic do roboty. Ruszyłam więc schodami na poddasze, nie przyzwyczajona jeszcze do tego domu. Otworzyłam białe drzwi i położyłam się na kremowej pościeli przykrywającej moje łóżko. Zawsze chciałam mieć ogromne łóżko i pokój jak ten, jednak tym razem jakoś nie poprawiał mi nastroju. Wiedziałam, że rodzice chcieli mi wynagrodzić fakt, że znowu się przeprowadzamy i specjalnie wybrali taki dom, aby moje marzenie mogło się spełnić. Czułam jednak, że była to pewna forma przekupstwa. Chyba tylko ja nie byłam zadowolona ze zmiany zamieszkania. Choć poprzednie mieszkanie miało wiele minusów, to jednak brakowało mi go. A może nie chodziło nawet o samo mieszkanie, ale miasto i ludzi, którzy w nim żyli. Miałam tam dobrych znajomych, przyjaciół, których musiałam skreślić wraz z zamknięciem na klucz drzwi od naszej klitki w kamienicy. Kilkaset kilometrów jazdy dobrze uświadomiło mi, że tamci ludzie są już dla mnie przeszłością, jak ja dla nich. Więzi nas łączące nie były aż tak mocne, aby to wszystko przetrwało. Nie wiedziałam nawet, czy będzie im mnie brakować. Leżąc na łóżku i spoglądając w wyświetlacz telefonu, pomyślałam, że raczej tak nie będzie. Nikt nie zapytał mnie, jak minęła podróż i czy podoba mi się mój dom. O adres też nikt nie pytał.

Pamiętam, kiedy to wszystko się zaczęło i ludzie zaczęli spoglądać na mnie inaczej. Nie byłam niczemu winna, bo w końcu rodziny się nie wybiera, jednak skandal miał wpływ i na moje życie. Ogromny wpływ. Kiedy powiedziałam znajomym, że się wyprowadzam, widziałam smutek na ich twarzach, ale i pewnego rodzaju ulgę. Może i moja obecność im ciążyła? Nigdy nie poznałam na to pytanie odpowiedzi. Miałam tylko podejrzenia i może dobrze, że nie dowiedziałam się, czy były słuszne.

Ciekawe, co teraz robią. Czy myślą o mnie, tak jak ja myślę teraz o nich? Może jakoś załatali dziurę , którą po sobie pozostawiłam? Zawsze wydawało mi się dziwne, że otaczający mnie ludzie tak szybko godzili się z rzeczywistością i bardzo łatwo było im przywyknąć do nawet najbardziej dziwnej sytuacji. Ja nigdy takiej umiejętności nie posiadłam. Nie wiem, może to pewnego rodzaju cecha charakteru? Szkoda, życie byłoby łatwiejsze. Zazdrościłam tym, którzy nie przejmowali się na zapas, ponieważ sama nie mogłam tak o sobie powiedzieć. Ludzie mówili mi, że z pewnymi rzeczami trzeba się pogodzić, ale ja zawsze starałam się coś zmienić. Według mnie, żadna sytuacja nie jest do końca przesądzona. Po prostu nie można się poddawać. ,, Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą'' było moim mottem, choć sama nigdy nie określiłabym siebie jako osoby, która cokolwiek zwyciężyła.
-Lena?
Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej mamy. Uniosłam się na poduszkach, próbując ją dostrzec. Usiadła na skraju łóżka i podała mi pięćdziesiąt złotych.
-Nie siedź w domu, poszukaj jakiegoś sklepu i kup sobie to, co ci potrzebne do szkoły.
Przełknęłam ślinę, czując ścisk w żołądku na myśl o 2 września.
-Ok. -wstałam i miałam wyjść z pokoju, ale potem przypomniałam sobie o jednym. Odwróciłam się i nie zważając na to, że miałam już praktycznie 18 lat, przytuliłam się do mamy. Wzdrygnęła się zdziwiona, ale potem objęła mnie i zaczęła kołysać.
-A to za co? - zapytała, puszczając mnie.
-Po prostu dziękuję.
Uśmiechnęła się, a ja zbiegłam po schodach i w biegu ubierając tenisówki wyszłam z domu.

-Pora skompletować rzeczy do tej piekielnej szkoły. - mruknęłam do siebie, idąc w stronę centrum.
*
Jest i rozdział I, dużo dłuższy niż prolog. Mam nadzieję, że się spodobał. ;)
Powolutku odkrywamy postać głównej bohaterki i tych drugoplanowych.

Tło się jeszcze nie zgrało, ale nie mam do niego cierpliwości. Poprawię w wolnej chwili.

A tak w ramach komentarza odautorskiego powiem, że i ja powoli przygotowuję się do szkoły. Zeszyty mam, część innych ważnych rzecz też mam... tylko nastawienie psychiczne jeszcze nie pojawiło się na pokładzie. ;)
Pozdrawiam znad mrożonej kawy, która prawie pozbawiła życia mojego laptopa i lecę grać w Simsy, bo siostra sobie kupiła i kazała mi zainstalować ;)
Oraz oczywiście pokazać się na zewnątrz, żeby ludzie wiedzieli, że żyję ;)

Kolejny post prawdopodobnie w niedzielę. A nawet na pewno, bo już dodany do kolejki. Możecie spodziewać się go po 11. :)

Jakieś pytania? Zapraszam na mojego aska :)

A co wy na to, gdybym wakacyjną-historię, czyli mój trzeci, zawieszony blog, zakończyła... w duecie ze znajomą? ;)




wtorek, 20 sierpnia 2013

Prolog - nowe, lepsze życie?

Zawiązałam sznurówki świeżo zakupionych butów, jeszcze pachnących nowością. Podniosłam się ze schodka werandy mojego domu, na której siedziałam i wyciągnęłam do góry ręce, czując miłe strzykanie w kręgosłupie. Obciągnęłam bluzę, która podniosła mi się lekko do góry i wyszłam za furtkę, aby później potruchtać przed siebie.
Ludzie mają różne sposoby na odstresowanie. Jedni czytają książki, oglądają telewizję. To jednak nie było dla mnie. Lubiłam odpoczywać w ,,aktywny sposób''. Kiedy sytuacja stawała się nie do zniesienia, ubierałam buty, wsiadałam na rower, albo zabierałam bratu rakietę do tenisa i wraz z potem pozbywałam się stresu. Późniejsze bóle mięśni mówiły mi, że było warto.
Tym razem również tak było. Choć moje zestresowanie przeważnie miało różne podłoża, tym razem było jak najbardziej uzasadnione. Koniec sierpnia nieubłaganie przypominał o tym, że pozostał mi jeszcze rok nauki. Gorzej, że nie dane mi było dokończyć jej w miejscu, do którego uczęszczałam ostatnie dwa lata.
Jak to mówią, największymi potworami chodzącymi po tym świecie są ludzie. I chyba każdy z nas kiedyś się o tym przekonał. Ludzie potrafią być okropni, z rozmysłem wbijać ci szpilę, a potem patrzeć, jak cierpisz. Nigdy tego nie rozumiałam – jaki jest sens w zadawaniu innym bólu?
Moje zagmatwane myśli mieszały się, nie dając ułożyć we wspólną całość. Po prostu się bałam. Nie wiedziałam, czy mnie zaakceptują. A tego zawsze się bałam – braku akceptacji.
Z każdą minutą biegu poznawałam kolejny kawałek miasta, powoli zapominając o napięciu, w jakim żyłam, a moje myśli z dzikiego galopu zwolniły do spokojnego truchtu.
Wiedziałam, że jedynym wyjściem dla nas była przeprowadzka, jednak bałam się, że i tutaj ktoś coś wywęszy i nie da nam żyć.


Przyspieszyłam, biegnąc pustymi ulicami i zastanawiając się, między płytkimi oddechami, czy w końcu znaleźliśmy swoje miejsce na ziemi.

*
No to zaczynamy! ;) Prolog, prologiem nie musi być długi. Zapewniam jednak, że kolejne posty na pewno będą dłuższe od tego powyżej. ;) Myślę, że w czwartek albo piątek pojawi się kolejny.

I nie Kamilla, to z tą nową szkołą wcale nie jest o Tobie. ;)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Pierwszy post jest zawsze trudny

Może więc napisać to, o czym się myśli? 
Cześć. Jestem justberrry. Część zapewne dobrze mnie zna, a resztę witam i zapraszam, zostańcie na dłużej. Chyba nie będzie źle. ;) 
Jeśli mnie znacie, to wiecie, że na trzy opowiadania skończyłam tylko dwa. Poprzednie w ogóle się nie kleiło. Ale, ale z tym będzie pewnie inaczej. Oderwałam się od prawdziwych postaci i kreuję tylko fikcyjne. Miałam nie pisać, bo nie mam niby czasu... ale skoro to czysta przyjemność, a na przyjemności każdy znaleźć czas może, to czemu nie? Lepsze to niż bezsensowne siedzenie przed telewizorem. ;)

O czym będzie opowiadanie? 
O dziewczynie, która musi się odnaleźć w nowej sytuacji. Jej życiu, które nie zawsze będzie łatwe, ale w końcu tak ma każdy z nas, nie? Historia miała być w ogóle nie związana z jakimkolwiek sportem... ale cóż. Będzie. ;) A skoro do tej pory pisałam o siatkówce, to tym razem ten sport również się pojawi.

Nie wiem, jak często będę dodawać posty. Wcześniej robiłam to regularnie, prawie z zegarkiem w ręku, teraz będzie to zależeć od tego, ile uda mi się napisać w ciągu tygodnia. Myślę jednak, że w najgorszym wypadku posty pojawiać się będą raz w tygodniu. Nigdy nie dodawałam tak rzadko, więc pewnie szybko przejdę do dodawania co trzy dni, chyba, że rozdziały będą wychodzić obszerne, wtedy oczywiście będą pojawiać się rzadziej. ;)

Prolog powinien pojawić się w obrębie trzech dni. Tak sądzę. 
Serdecznie na niego zapraszam.

Mówiłam, że nie wytrzymam bez pisania. Tęskniłam za tym i za Wami. :)