Objęłam ramionami kolana, zmieniając pozycję i siadając w poprzek schodów na jednym stopniu. Oparłam głowę o ścianę i wsłuchałam się w ciszę, panującą w domu. Podczas mojej nieobecności chyba nikt się w nim nie pojawił. Dobrze, że zjadłam na mieście kawałek ciasta, popijając to latte, bo inaczej umarłabym z głodu. Już zaczęłam zastanawiać się, czy nie zatelefonować do mamy, która mogłaby po drodze z pracy zrobić zakupy, do których jakoś nie palił się Michał. Kiedy jednak zauważyłam, że torebka, w której znajdował się nadal mój telefon leży na odległej z perspektywy schodów szafce, stwierdziłam, że jednak tego nie zrobię.
W mojej głowie zderzały się różne opinie i wspomnienia, o które wzbogaciłam się tego popołudnia. Co najdziwniejsze, Majka nie zdawała się udawać miłej, po prostu taka była. Myślałam, że to może jakaś podpucha. Cały czas gdzieś tam zastanawiałam się, czy aby nie oprowadza mnie po mieście z powodu wychowawczyni. Oczami wyobraźni już widziałam ją zawiązującą jakiś pakt z naszą ,,profesorką''. Po tylu przygodach z równieśnikami pozostała we mnie jakaś nieufność i chyba było to zrozumiałe. Z każdą minutą rozluźniałam się w jej towarzystwie i w końcu poczułam, że nie będzie źle. Podczas tych kilku godzin przytoczyła mi wiele faktów i ciekawostek na temat ludzi z klasy. Siedząc nad wyśmienicie pachnącą kawą i smakowicie wyglądającym kawałkiem ciasta czekoladowego, chłonęłam te nowości jak gąbka. Szczególnie zainteresowała mnie postać chłopaka, którego jakiś czas wcześniej spotkałam w papierniczym i który wydawał się całkiem miły. Nie chciałam jednak, żeby pomyślała, że lecę na jego wygląd, nie wiedziałam też czy nie ma dziewczyny, która byłaby jej bliską znajomą. Albo czy Majka potrafi trzymać język za zębami, czy patrząc na tempo mówienia, gada, co jej na ten język ślina przyniesie? Wolałam nie ryzykować i nie utrudniać sobie dopiero zaczynającego się roku szkolnego, żeby zaraz jakieś plotkary rozpuszczały na mój temat nieprawdę.
Zamek w drzwiach przekręcił się, a w drzwiach pojawił się Michał. Otworzył drzwi nogą, w obu rękach trzymając wyładowane zakupami torby. Ok, mogę przyznać, że jeśli coś się mu zleci, to choćby i z opuźnieniem, dotrzyma słowa. W progu nie był w stanie zamknąć za sobą drzwi. Spojrzał na mnie spod mokrej od potu grzywki i westchnął:
-Może byś się ruszyła?
Minęłam go, kiedy skierował kroki do kuchni. Wyciągnęłam jego klucze z zamka i rzuciłam na szafkę, po czym zakmnęłam drzwi. Mój żołądek dał o sobie znać i postanowiłam pomóc mu wypakować zakupy, szukając czegoś dla siebie.
-Masz coś słodkiego może? - zapytałam, spoglądając po wyłożonych na kuchenny stół zakupach. Zmarszczył brwi, opierając się o blat.
-Wiedziałem, że coś nie tak. Normalnie nie pomogłabyś mi tego wypakować. - posłał mi pełne wyrzutu spojrzenie.
Miałam coś odpowiedzieć, ale jego niebieskie oczy mówiły mi, żebym się już nie pogrążała. Pokręcił głową i wyciągnął spod paczki makaronu batona Kit Kat. Wzięłam czerwone opakowanie do ręki i uśmiechnęłam się do niego szeroko. Wychodziłam z kuchni, kiedy zawołał:
-Eno, eno, gdzie ty się wybierasz?
-Na górę idę.
-To wiem, ale nie sądzisz, że to wszystko samo nie znajdzie się w szafkach? - zapytał, opierając się rękoma o blat stołu. Miałam go zignorować, kiedy dodał. - Ten baton był mój, bo z tego co wiem, ktoś nie je takich ,,śmieci''. Także albo wracasz i pomagasz, albo ta kaloryczna bomba wróci do mnie zamiast ciebie.
-Tu mnie masz. - podniosłam ręce i podeszłam do stołu, próbując szybko uwinąć się z odkładaniem rzeczy na miejsce. Nie ufałam Michałowi, dlatego baton znalazł się w kieszeni moich spodni, z której na pewno nie zniknąłby w niewyjaśnionych okolicznościach, jak stałoby się, gdybym położyła go na blacie. Już nieraz to przerabiałam i tym razem postanowiłam wyciągnąć z tego wnioski.
-Nie jesteś na diecie? - zapytał, kiedy rzuciłam w jego stronę paczkę płatków śniadaniowych.
-Chyba nie muszę. - powiedziałam, chowając do lodówki ser żółty i mleko. Stanął obok mnie i zaczął podawać mi warzywa, które chowałam do dolnych szufladek.
-Nie było tak źle? - zapytał. Siegając po trzymaną przez niego w dłoniach sałatę rzuciłam szybkie spojrzenie na jego twarz. Kto jak kto, ale Michał znał mnie na wylot i wiedział, że ta cała dieta była tylko po to, abym czuła się lepiej wśród obcych ludzi i mogła odhaczyć nadwagę, jako powód mojego odrzucenia przez rówieśników. Już razm kilkanaście kilo więcej porządnie mi zaszkodziło, jeżeli chodziło o życie towarzyskie i tym razem również bałam się, że może znów do tego dojść.
-Wiesz, jedna dziewczyna jest całkiem spoko. Ma mnie zaznajomić ze szkołą, poza tym spędziłam z nią całe popołudnie.
-Yhm. A co masz na myśli, mówiąc ,,spoko''? - zapytał, kiedy odłożyliśmy już ostatnie zakupy na miejsca.
-Bardzo miła, ale bardzo gadatliwa, choć patrząc na moją małomówność, chyba będzie z nas dobry duet. Wiesz - ona gada, ja słucham.
Zaśmiał się w odpowiedzi.
-Faktycznie, duet doskonały.
Wchodziłam już po schodach na górę, kiedy nagle sobie o czymś przypomniałam.
-Hej, a gdzie ty byłeś cały dzień?
-Pracy szukałem, a potem tak pozwiedzałem.
-Pozwiedzałem... - powtórzyłam za nim, chcąc wyciągnąć z niego coś więcej, ale minął mnie i zniknął mi z pola widzenia. Tak naprawdę nie spodziewałam się czegoś innego, w końcu rzadko kiedy był w nastroju do zwierzeń, a im bardziej się go do czegoś przyciskało, tym mniej wyjawiał. Przez prawie 18 lat życia pod jednym dachem już do tego przywykłam, choć czasem stawało się uciążliwe.
Po powrocie mamy zjedliśmy kolację, słuchając jej opowieści na temat ludzi z pracy. Później Michał stwierdził, że woli zostawić ,,dwie plotkary'' i siedziałyśmy obie w kuchni jeszcze jakąś godzinę, podczas której ja opowiadałam o swoim dniu. Niestety zegar przypominał mi, że pora przygotować się do pierwszego, prawdziwego szkolnego dnia.
Gdy budzik zadzwonił mi o 6:30, na początku nie wiedziałam, co się dzieje. Na automacie ubrałam się w przygotowane poprzedniego wieczoru ciuchy, umyłam zęby, ogarnęłam włosy, wiążąc je w zwykły kucyk i nałożyłam podkład, zauważając pojawienie się paru nieproszonych gości na moim czole. Z plecakiem na ramieniu, zbiegłam na dół, żeby zrobić sobie śniadanie. Nie wyobrażałam sobie, abym podczas godzin lekcyjnych przeżyła na samym powietrzu. Wyciągnęłam z szafki niegazowaną, małą wodę i wrzuciłam ją do plecaka. Wciąż śpiąca, nie czułam nawet głodu, dlatego wyszłam z domu o pustym żołądku, a po chwili czekania wraz z kilkoma osobami na przystanku, zapakowałam się do mojego autobusu. Oparłam się głową o szybę i zmrużonymi oczami spoglądałam na budzący się ze snu Wrocław. Ludzie śpieszyli się każdy w swoją stronę, ktoś zaspał i właśnie przegapił swój transport...
-A witam koleżankę! - nagle tuż obok mnie pojawiła się Majka. - Tak sobie pomyślałam, że przez pewien czas będę jeździła Twoją linią, żeby ci pomóc wszystko ogarnąć.
-Wow.- powiedziałam zdziwiona, bo zabrakło mi słów. - To miło z Twojej strony, dzięki.
Co jak co, ale nie spodziewałam się, że specjalnie, abym czuła się lepiej wchodząc w mury nowego liceum, będzie jeździła innym autobusem, a potem przesiadała się w połowie drogi, bo mój autobus nie odwiedzał jej dzielnicy. Zrobiło mi się... miło. Zdziwiona zaobserwowałam, że nawet o tak wczesnej porze, Majka ma wiele tematów do omówienia.
-...i ma dwójkę rodzeństwa, jej brat skończył w zeszłym roku szkołę i jest na Politechnice. - dotarło do mnie zdanie wyrwane z kontekstu. Mrugnęłam kilka razy wyrywając się z dziwnego otępienia, spowodowanego pewnie tym, że nie było jeszcze nawet 8. Wysiadłyśmy z autobusu, a ja miałam nadzieję, że nie zapyta mnie o coś, co przed chwilą mi powiedziała, bo wydałoby się, że nie do końca jej słuchałam, a nie chciałam przecież, żeby się obraziła.
-Aha. A co studiuje? - zapytałam, w ogóle nie zainteresowana bratem tamtej dziewczyny, ale próbując udawać, że słuchałam wszystkiego, co mówiła.
-Nie jestem pewna, wiesz? Dowiem się najwyżej i ci powiem.
Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będzie coś, czego Majka wiedzieć nie będzie. Weszłyśmy do szkoły i chwilę później zadzwonił dzwonek. Lekcje, jak to lekcje, były strasznie nudne, choć nauczyciele wykazywali odrobinę zainteresowania wobec mojej osoby i zadawali mi masę pytań, typu : gdzie się wcześniej uczyłam i czy podoba mi się w nowej szkole. Na przerwach, poznawałam osoby z mojej klasy, głównie jej damską część, bo zauważyłam, że chłopacy trochę się od płci przeciwnej izolują. Kiedy każda damska twarz połączyła mi się wreszcie w myślach z imieniem, zaczęłam z pomocą koleżanek i niezastąpionej Majki, zapoznawać się z kolegami z klasy. Wydawało mi się, że wszyscy dobrze mnie przyjęli i chyba zdałam egzamin na dołączenie do ich grupy.
Po pięciu lekcjach, które minęły mi bardzo szybko, poszłam z Majką do szkolnego sklepiku, a potem słuchając, jak papierek od zakupionego batonika szeleści w jej dłoniach, wyszłam z nią ze szkoły. Niedaleko, koło jednej z ustawionych na placu ławek, siedziała grupka chłopaków. Wśród nich zauważyłam charakterystyczną czuprynę Tomka.
-Ty, a kto tam siedzi? - zapytałam z czystej ciekawości, zerkając ukradkiem na ich twarze.
-Tam? - spojrzała w ich stronę. - No jest Tomek, ale jego już chyba znasz. Poza tym taki Maciek, to ten z grzywką na oczach. A ten do niego podobny do jego kuzyn, Paweł.
-A ten w koszuli w kratkę? - zapytałam, jednocześnie przetrawiając, jak nazywali się dwaj skejci z galerii, którzy towarzyszyli Tomkowi, kiedy spotkałam ich pierwszy raz.
-On ma chyba na imię Radek, ale nie dam sobie głowy uciąć.
-Wyrośnięty taki.
-Bo on już po szkole. - zaśmiała się. - Studiuje coś chyba. Ten stojący obok niego też, ale nie wiem jak się nazywa.
-Niezła ekipa. - podsumowałam, kiedy na nas popatrzyli. Miło było zauważyć, że na głowach znajomych Tomka nie było już śladu po wełnianych czapkach. Szybko odwróciłam jednak wzrok nie chcąc, żeby wiedzieli, że się im przyglądałam.
Byłyśmy kawałek dalej, kiedy usłyszałam:
-To kiedy na tą kawę?
-Następnym razem! - odkrzyknęłam, w stronę szczerzącego zęby chłopaka, który jaki się dowiedziałam od Majki, miał na imię Maciek.
-Ej, już raz to słyszałem! - zawołał, udając oburzenie. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami i chwilę potem zniknęłam za zakrętem. Myślałam, że będę miała spokój, kiedy poczułam uszczypnięcie. Spojrzałam w stronę Majki, która chciała najwyraźniej zwrócić na siebie moją uwagę.
-Czemu pytałaś, jak się nazywają, skoro ich znasz?- zapytała, by po chwili dodać. - Skąd ty w ogóle ich znasz?
-Spotkałam kiedyś trójkę w galerii, ale nie znałam ich imion.
-A co z tą kawą? - zapytała, nadal próbując połączyć fakty.
-Jeden z nich potrącił mnie i w ramach rekompensaty za ból w ramieniu otrzymałam zaproszenie na ten kofeinowy napój.
-Pachnie mi to Maćkiem. - powiedziała, powodując wybuch śmiechu z mojej strony. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc, co mnie tak bawi. -Co?
-Wątpię, żeby kawa pachniała jak Maciek. - wyjaśniłam jej, uspokajając się. - Sorry, to moje głupie poczucie humoru.
-Chyba się przyzwyczaję. - odpowiedziała mi, z szerokim uśmiechem.
Jechałyśmy już autobusem i za chwilę miałam wysiadać.
-Uważaj na Maćka, to straszny podrywacz. Za bardzo cię lubię, żebyś miała być jego kolejnym trofeum, którym szybko się znudzi.
-Spokojna głowa. Kolesie tego typu raczej mi się nie podobają. - pomyślałam o jego wyglądzie z galerii, a potem weszłam do domu, w którym unosił się zapach zapiekanki warzywnej. Zdziwiona, zajrzałam do kuchni, gdzie prawie padłam z zaskoczenia, bo oto przy kuchence stał mój brat, który mieszał coś w garnku i podśpiewywał do lecącej w radiu piosenki. Spojrzał na mnie, nie rozumiejąc. Nie odpowiadając na zadane mi pytanie, które widziałam w jego niebieskich oczach, poszłam na górę, próbując sobie jakoś sensownie wytłumaczyć to, że mój brat, który gotował przeważnie same dania z puszki, nagle zabrał się za coś innego i to w ogóle do tego nie zmuszany.
*
Ok, ok, obiecuję, że akcja nabierze tempa już niebawem. ;)
Kolejny post we wtorek lub środę, nie jestem jeszcze pewna. Jeżeli post powstanie wcześniej, dodam EDIT pod tym postem i się dowiecie. :) Chodzi o to, że we wtorek może nie dam rady go dodać bo... zaczynam kurs prawa jazdy i akurat w ten dzień jest pierwsze spotkanie. ;) Uwaga, uwaga, justberrry już niedługo będzie podbijać polskie drogi!
Co chcę powiedzieć w tym komentarzu odautorskim...
Bądźmy silne! Wiem, że poniedziałek, już tak wyraźnie rysujący się w naszych kalendarzach będzie dniem nie tak ciężkim, jak każdy kolejny. Ale damy radę, czemu miałybyśmy nie dać? Moja szkolna kariera właśnie w tym roku ma już się skończyć i pewnie będzie niezły zapierdziel, ale tyle lat nauki chyba mnie do tego przygotowało. ;)
A jak sobie pomyślę, że wrzesień będzie dla mnie miesiącem nie tylko wypełnionym szkołą, ale i wykładami dot. jazdy i zastrzykami w moje ukochane, kontuzjowane kolanko, to aż się doczekać nie mogę. Czeka mnie seria zastrzyków, a kolejki u ortopedy są tak nieziemskie, że pewnie trochę tam posiedzę. A potem jakoś przykuśtykam na trochę zesztywniałej nodze przez pół miasta do domu. ;)
Także pozdrawiam wszystkich ze zdrowymi kończynami i życzę powodzenia w nowym roku szkolnym, oraz ( co ważniejsze) - życzę jak najlepszych tych ostatnich dwóch dni wakacji. Nie zmarnujmy ich!
Dostałam dwie nominacje do The Versatile Blogger. Odpowiem na nie do następnego rozdziału. :)
Boże. Już teraz mam ciągotki, żeby wcisnąć tu jakiegoś prawdziwego siatkarza, to chyba uzależnienie? Nie wiem co robić.
Ok, ok, obiecuję, że akcja nabierze tempa już niebawem. ;)
Kolejny post we wtorek lub środę, nie jestem jeszcze pewna. Jeżeli post powstanie wcześniej, dodam EDIT pod tym postem i się dowiecie. :) Chodzi o to, że we wtorek może nie dam rady go dodać bo... zaczynam kurs prawa jazdy i akurat w ten dzień jest pierwsze spotkanie. ;) Uwaga, uwaga, justberrry już niedługo będzie podbijać polskie drogi!
Co chcę powiedzieć w tym komentarzu odautorskim...
Bądźmy silne! Wiem, że poniedziałek, już tak wyraźnie rysujący się w naszych kalendarzach będzie dniem nie tak ciężkim, jak każdy kolejny. Ale damy radę, czemu miałybyśmy nie dać? Moja szkolna kariera właśnie w tym roku ma już się skończyć i pewnie będzie niezły zapierdziel, ale tyle lat nauki chyba mnie do tego przygotowało. ;)
A jak sobie pomyślę, że wrzesień będzie dla mnie miesiącem nie tylko wypełnionym szkołą, ale i wykładami dot. jazdy i zastrzykami w moje ukochane, kontuzjowane kolanko, to aż się doczekać nie mogę. Czeka mnie seria zastrzyków, a kolejki u ortopedy są tak nieziemskie, że pewnie trochę tam posiedzę. A potem jakoś przykuśtykam na trochę zesztywniałej nodze przez pół miasta do domu. ;)
Także pozdrawiam wszystkich ze zdrowymi kończynami i życzę powodzenia w nowym roku szkolnym, oraz ( co ważniejsze) - życzę jak najlepszych tych ostatnich dwóch dni wakacji. Nie zmarnujmy ich!
Dostałam dwie nominacje do The Versatile Blogger. Odpowiem na nie do następnego rozdziału. :)
Boże. Już teraz mam ciągotki, żeby wcisnąć tu jakiegoś prawdziwego siatkarza, to chyba uzależnienie? Nie wiem co robić.
EDIT: Post w środę, o 15 :)